czwartek

zdziczec.blogspot.ru

elo. dzisiaj nowy wpis na blogu. byłam ostatnio w jednej galerii, gdzie obejrzałam retrospektywną wystawę zdjęć borisa smelova - jednego z pierwszych artystów wśród radzieckich fotografów (jeśli można tak powiedzieć). ogólnie to wspaniała, tragiczna postać, człowiek zmarł w wieku bodaj 45 lat, zamarzł na śmierć na leningradzkiej ulicy, miał jakąś starą żonę, za życia miał w swoim kraju tylko 1 wystawę i jeszcze na dodatek zamknięto ją po 1 dniu, gdyż władza zarzuciła mu, heh, dostojewszczyznę, kochał mozarta i takie tam różne ploteczki z osobistego życia... zrobił wiele przepięknych fot petersburga (właśnie petersburga, a nie leningradu - na tych zdjęciach jest ponadczasowy petersburg. a przynajmniej na większej ich części. i to miasto było generalnie jednym z motywów przewodnich jego twórczości), jednakże nie będę ich tu wklejać, gdyż nie znam się na tyle, aby je odpowiednio poustawiać. zamieszczam zatem tylko kilka zdjęć, które jakoś szczególnie mi się podobają. ogólnie nie do końca wiem, dlaczego tak jest, ale te obrazy robią mi coś w moje biedne, małe cośtam... choć prawdopodobnie jestem teraz po prostu bardziej niż zwykle podatna na jego smutek - dlatego, że sama okropnie tęsknię za moim kochanym chłopcem.* intercontinental love. no nieważne. więcej zdjęć można obejrzeć w półgodzinnym pokazie slajdów na dole postu; rekomenduje się przełączenie ustawień jakości na hd. a jeśli chodzi o moje już najbardziej ulubione zdjęcie smelova to - jakżeby inaczej - "pamięci vladimira nabokova", ale nie mogę go nigdzie znaleźć na necie, więc jestem zmuszona pozostawić was z pewnym poczuciem niedosytu, albo, ewentualnie, z chęcią pogooglowania bardziej podrobnogo, niż to moje dzisiejsze. x

bezdomny piesek

зачем пережила тебя любовь моя?

натюрморты

(barokowe bąbelki)



**istnieją jeszcze hipotezy poboczne. w myśl pierwszej po prostu wpadłam w złe towarzystwo - o co najwyraźniej nietrudno w tym mieście, gdzie każdy ma jeden wielki smutek i jedną wielką miłość. w towarzystwo specjalnej troski. i że to mi minie. a druga jest taka, że niedługo skończę 24 lata i może zwyczajnie zaczynam w końcu doceniać siłę subtelności. tzn. oczywiście nadal chodzę w naturalnym futrze i przeklinam jak szewc, ale musielibyście zobaczyć moją listę lektur z ostatnich 3 miesięcy... no, to tyle. a jeśli ktoś łaknie taniego ekshibicjonizmu - polecam się również w 2013.

wtorek

fantomowe ciało króla i inne rzeczy

zombie bench (źródło: flickr)
od dawna zbieram się do napisania kilku słów o „fantomowym ciele króla"; czas tego zbierania się jest prawdopodobnie wprost proporcjonalny do wrażenia, jakie wywarła na mnie książka jana sowy. ogólnie rzecz biorąc, jestem zachwycona. już sama jej forma – fantastyczna przejrzystość toku rozumowania autora, jego język (trudno mi znaleźć inne określenie, niż „adekwatny", „stosowny" – gdyby je tylko zmienić, wyrwać spośród wyrazów neutralnych, gdyby nadać "adekwatności" znamiona ważnego komplementu), przysposobione przez sowę narzędzia badawcze, w szczególności akcentowana perspektywa długiego trwania, wreszcie jego mądre, ponaddyscyplinarne podejście do problemu – przedstawiają sobą ogromną wartość. pozostając obojętnymi na formę dzieła, nie bylibyśmy w stanie zaobserwować i docenić jednej z największych zalet „fantomowego ciała”: kunsztu, przejawiającego się w relacji szlachetnej prostoty formy do bogactwa treści (zarówno na płaszczyźnie ideowej, jak i faktograficznej).

zanim zanotuję tu rozważania, do których skłoniła mnie lektura „fantomowego ciała króla”, chciałabym przybliżyć czytelnikowi bloga istotę tej książki. najprościej rzecz ujmując dzieło sowy to erudycyjne rozwinięcie klasycznego „wiesz jak jest”. „wiesz jak jest”, „jest jak jest”. lektura „fantomowego ciała” to trochę jak dowiedzenie się w dzieciństwie, jak ludzie się rozmnażają – niby i tak każdy wiedział wszystko wcześniej, ale wyjaśnienia były potrzebne i generalnie wprowadzały zamęt do zasobów ogólnej wiedzy o życiu (przynajmniej ja tak miałam). jednocześnie obcowanie z dziełem sowy może w jakiś sposób przypominać oglądanie filmu dokumentalnego o wyrębie lasów deszczowych czy czymś podobnym – pozwala bowiem zadać sobie pytanie: czy naprawdę nie miałam świadomości, że tak to wygląda? czy nie miałam narzędzi, aby to zrozumieć tak, jak rozumie sowa? czy świadomość procesów i faktów i samoświadomość kontekstu nie powinna znaleźć odbicia w moim postępowaniu, w moim życiu? itd. itp. bowiem, choć zebrany przez sowę materiał badawczy imponuje rozmiarami, u podstawowych założeń jego pracy leżą fakty powszechnie znane, dostępne – myślę, że w moim stwierdzeniu nie będzie przesady – każdemu wieśniakowi po podstawówce. dlatego tym bardziej zaskakują nie tyle wnioski, do których prowadzi lektura "fantomowego ciała króla", co fakt, że dopiero jan sowa w 2012 roku w ten sposób je opracował i przedstawił. miałoby się ochotę przytoczyć tu dla potwierdzenia którąś z licznych perełek spośród danych statystycznych czy etnologicznych z „fantomowego ciała” - nie potrafię się jednak zdecydować na jeden konkretny fragment tekstu; dlatego zainteresowanych odsyłam np. tutaj, albo, oczywiście, do samej książki.

zadając tak sobie w domowych pieleszach te pytania, które zanotowałam w poprzednim paragrafie, jak również i wiele innych pytań, generalnie nad brzegiem rzeki wisły siedząc i dumając, doszłam do kilku rzeczy; punktów prawdopodobnie trywialnych dla osób o przenikliwości sowy, no ale, jak pokazuje przykład jego „ciała”, nie wszystko, co wydaje się oczywiste, faktycznie takie jest.

po pierwsze: jestem zdania, że waga takich tematów jak narodowość, naród, państwo, jest zdecydowanie przeceniana - teraz, w przeszłości, a najprawdopodobniej także i w przyszłości; zawsze. szczególnie ważne wydaje mi się to w kontekście przyszłości. oczywiście „fantomowe ciało króla" wychodzi od dyskursu historycznego, czy też historyczno-ekonomicznego, w których nie sposób tak po prostu zignorować tak ważnego dla rozwoju wypadków czynnika, jak państwowość. jednakże, na potrzeby nas, zainteresowanych przyszłością ludzkości, sensem świata itd., chciałabym tu zacytować jane jacobs, autorkę klasycznego "the death and life of great american cities". w książce "cities and the wealth of nations" jacobs pisze:

nations are political and military entities… but it doesn’t necessarily follow from this that they are also the basic, salient entities of economic life or that they are particularly useful for probing the mysteries of economic structure, the reasons for rise and decline of wealth.

także jan sowa w „fantomowym ciele króla” pokazuje, że czynnikami rozwoju (właściwie „rozwoju niedorozwoju”, bo w domenie jego zainteresowań leży polska, czy, szerzej, europa środkowa, jako obszary peryferyjne, wręcz postkolonialne) prócz narodowości są – były – technologia i kultura. opierając się na badaniach sowy należy stwierdzić, iż dwa ostatnie faktory były przez wieki zaprzęgnięte w służbę temu pierwszemu, najbardziej abstrakcyjnemu i, naturalnie, najmniej istotnemu, a wręcz niekorzystnemu dla ogromnej większości członków społeczności ludzkich. w tym miejscu przypomina mi się manuel delanda, który w „tysiącu lat nielinearnej historii” wysnuwa tezę, jakoby wszelkie systemy, stworzone przez człowieka, były dla niego punktem wyjścia, tym społecznym (przyznaję, że to jedno z moich ulubionych określeń) „egzoszkieletem”. pozwolę tu sobie wyjść nieco poza rozważania delandy, odczytującego w ten sposób rolę miast w zachodniej cywilizacji, i zastosować to ładne pojęcie nie tylko do rzeczywistych, fizycznych systemów, stanowiących ramy dla przepływu mas ludzi i katalizator dla ich nieustannego rozwoju, ale też do systemu pojęciowego: narodowości. o ile zatem informatyzacja, migracja ogromnej części potencjału cywilizacyjnego do wirtualnej chmury przenosi ciężar „egzoszkieletu” delandy właśnie tam, pozostawiając nie tylko miasta, ale również tak złożone i abstrakcyjne (anachroniczne i reakcyjne) pojęcia, jak np. narodowość, w funkcji (zostając przy aparacie pojęciowym delandy) „endoszkieletu”.

tak jak podkreśliłam powyżej, „fantomowe ciało króla” stało się dla mnie punktem wyjścia do bardziej uniwersalnego myślenia. mam nadzieję, że jasnym pozostaje, że nie zarzucam mu niczego, zdecydowanie nie zamierzam tu kwestionować podejścia sowy, które jest jak najbardziej odpowiednie - zresztą pisałam już, że to jest ogólnie najlepszy imo przymiotnik do opisania tej książki, prawda? odpowiednie, zrównoważone, dobre myślenie - pragnę jedynie, nie jako pierwsza, najważniejsza ani najmądrzejsza, ani też, mam nadzieję, nie jako ostatnia, zwrócić uwagę na fakt, jaką pułapką może się stać nadmierne eksponowanie przeszłości jakiejś konkretnej grupy osób, w sensie jakiegoś „narodu", przy dyskusji o przyszłości. o ile bowiem sowa dostarcza nam - znowu to słowo - odpowiedniej wiedzy na o podstawach, fundamentach, na których oparta jest nasza teraźniejszość, o tyle ponaddyscyplinarna, lecz wciąż poruszająca się pośród faktów historycznych wiedza nie wystarcza nie tylko do zbudowania na jej kanwie spójnej, wynikowej wizji naszej (ludzkości) przyszłości, ale nawet do odpowiedzi na kilka najbardziej podstawowych pytań związanych z rzeczywistością: dlaczego? albo: dlaczego nie? na przykład: dlaczego nie wyciągamy żadnych wniosków? przez tysiąc lat nielinearnej historii, które opisuje delanda; albo nawet od późnego średniowiecza, gdzie zaczyna sowa - dlaczego nasz organizm, zachodnie społeczeństwo, nie potrafi przewidzieć żadnej katastrofy, zapobiec jej, po prostu się zmieniając?

zastanawiam się, na ile populistyczna i płytka, a na ile prosta i adekwatna, będzie odpowiedź, która mi chodzi po głowie. otóż w dokumencie „surviving progress” psycholog kognitywny gary marcus wyraził pogląd, jakoby niemożność przyjęcia perspektywy długiego trwania przez człowieka w jego procesie decyzyjnym niekoniecznie wynikała z ignorancji, egoizmu, chciwości czy innych brudnych motywów, które lubimy przypisywać osobom, mającym władzę (korporacjom, bankom, ewentualnie politykom, komukolwiek). marcus dowodzi, że krótkowzroczność decydentów to tak naprawde kwestia ewolucyjna, wynikająca z niedostatecznej prędkości tego biologicznego procesu. nasz mózg praktycznie nie różni się od mózgu członków plemion zbieracko-łowieckich z czasów pre-stonehenge, kiedy podejmowanie któtkoterminowych decyzji na zasadzie hit or run było konieczne do przeżycia w świecie prostych niebezpieczeństw. w obecnym stadium rozwoju cywilizacji, przy jego współczesnej prędkości, to ewolucyjne uwarunkowanie, utrudniające zastosowanie perspektywy długiego trwania przy podejmowaniu decyzji, które jej po prostu wymagają, skazuje nas na przegraną. kognitywista ubrał ten pogląd w błyskotliwą metaforę, która zdaje się dotykać sedna problemu: hardware, w który jesteśmy wyposażeni, nie wystarcza do ogarnięcia skali problemu, który został wykreowany w wyniku prędkości rozwoju cywilizacji. zastanawiam się więc, czy jako gatunek jesteśmy w stanie przyjąć tak abstrakcyjne, obce naszej naturze założenie, jak perspektywa długiego trwania, czy raczej będziemy musieli stworzyć zewnętrzną wobec nas inteligencję, która zmierzy się z tym problemem.

(na koniec chciałabym tylko powiedzieć, że to jest taki w sumie wpis na kolanie, a ja planuję do niego wrócić, wzbogacić go nieco i poprawić, gdyż zdaję sobie sprawę z jego niedostatków, a zależy mi na tym, aby był zrobiony porządnie; publikuję go dlatego, że nie jestem pewna, kiedy będę mogła usiąść nad nim na spokojnie, a mam okropną potrzebę uzewnętrznienia się, hehe.)

piątek

tylko nie aircraft carrier

niedawno wróciliśmy z michałem z biennale architektury, gdzie obejrzeliśmy trochę fajnych projektów autorstwa osób, po których niczego innego nie można się było spodziewać, oraz, niestety, masę rzeczy nudnych i przezroczystych, stworzonych przez architektów i artystów, których nie znaliśmy - a tak jakoś pokładaliśmy w nich wiele nadziei. zanim przejdę do tematu, o którym postaram się dziś trochę opowiedzieć, czyli żeby było też choć trochę miło (bo ogólnie planuję poświęcić ten post hejtowi izraelskiej wystawy w giardini), chciałabym tu jeszcze napisać kilka słów na temat niektórych z obejrzanych wystaw. nie sposób wspomnieć o wszystkim, musiałabym tu stworzyć co najmniej jakiś cykl blogowy, a do tego na pewno zabrakłoby mi samodyscypliny i, przede wszystkim, ochoty. dlatego będzie to dosłownie kilka impresji, zresztą nawet nie na temat najbardziej interesujących rzeczy, po prostu zapiszę tu kilka wrażeń, które mogłyby mi się szybko zatrzeć w pamięci, w większości, к сожалению, z powodu naturalnych ludzkich mechanizmów obronnych.

(1) w dwóch z kilkunastu pawilonów (rosyjskim i czesko-słowackim) tablety stanowiły integralną część wystawy. niestety wydaje mi się, że potencjał tego rozwiązania był wykorzystany co najwyżej w połowie - tak pod względem technologicznym, jak i artystycznym, architektonicznym, jakkolwiek to nazwać. czesko-słowacka wystawa istniała właściwie tylko w tych tabletach (jeśli chce wam się brnąć przez klasyczny kuratorski bełkot - tu można obejrzeć i poczytać o co chodzi). formalnie bomba, szkoda tylko, że aplikacja była jakaś niedopracowana i nie układało się to w pawilonie tak, jak powinno, co uprzykrzyło mi bardzo odbiór przestrzeni - chociaż oczywiście trzeba docenić próbę realizacji, nawet tę niedoskonałą, bo to tak naprawdę czyste science fiction. co lubimy. natomiast rosyjskia prezentacja skolkova (сколкова), czyli 'miasta naukowców', które faktycznie ma być niedługo wybudowane (więcej tutaj), wykorzystywała ipady do odczytywania rozmaitych danych na temat projektu przyszłego miasta ze ścian obiektu. wizualna strona pawilonu jest faktycznie zachwycająca; niestety odnosi się wrażenie, że sama koncepcja rozwijała się tak, że najpierw założono sobie wykorzystanie tabletów, a następnie opracowano architektoniczną stronę pawilonu, na sam koniec zostawiając obmyślenie, jak właściwie taka technologia miałaby funkcjonować i co takie rozwiązanie może wnieść do całości rozkminy. w rezultacie otrzymano zajebiście ładny pawilon udający w pełni zinformatyzowaną przestrzeń, podczas gdy tak naprawdę ipady wykorzystuje się do odtworzenia w przypadkowej kolejności kilkudziesięciu (?) multimedialnych prezentacji dotyczących przyszłego i-miasta. przez to w swojej istocie (w sensie jakby intelektualnego odbioru) wystawa nie różniła się specjalnie np. od amerykańskiej, gdzie po prostu wywieszono plansze z tekstem i zdjęciami. już nie wchodząc w rozkminy typu: czym poza spektakularnym interfejsem (który raczej nie jest najważniejszy w kreowaniu przestrzeni, a już tym bardziej przestrzeni publicznej, co było przecież tematem tegorocznego biennale) rosyjska wystawa różniła się od kurwa reklamowego folderu inwestycji... spróbuję się wyrazić bardziej precyzyjnie: twórcy tego miejsca ubrali analogowe założenia w cyfrową technologię i z tego powodu otrzymana przestrzeń po chwili zachwytu jawi się już tylko półśrodkiem, powodując tym większe rozczarowanie.

oczywiście to, co tu zanotowałam o skolkovie to mały ułamek tego, co należałoby powiedzieć, aby zamknąć temat; zresztą - śmieszne w kontekscie poprzedniego akapitu - wcale nie jestem pewna, czy należy się spierać z werdyktem jury, które przyznało tej wystawie pierwszą nagrodę (to też może powiedzieć trochę o jakości prac z giardini). (pomyłka, nagrodzono chyba pawilon japoński - wtf)

(2) japońska wystawa pod kuratelą chyba toyo ito - przykro mi to pisać, ale też trochę porażka : ( tzn. co prawda tylko w tym sensie, że merytorycznie temat podjęty przez ito został pięknie rozpracowany co najmniej rok temu przez thoma mayne'a w 'combinatory urbanism' (to było już zresztą wspomniane na blogu) - ale poza takim wyważaniem otwartych imo drzwi nic więcej nie zaproponowano.

(3) zaha hadid. wcześniej mnie zupełnie nie interesowała, właściwie kojarzyłam ją tylko - że dekonstruktywizm i tam jakieś wieżowce... a tu wystawa w arsenale jaka piękna. jak to wszystko było zajebiście wykonane. chociaż michał mówi, że ogólnie jej projekty trzeba podpierać jakimiś kolumnami, bo nie chcą się trzymać - po tym, co zobaczyłam, jestem przekonana, że to nie ma żadnego znaczenia, a zaha hadid to w ogóle jakow czernikow. jest cudowna i w dodatku cieszy mnie niezmiernie, że tę wyjątkowo piękną architekturę tworzy kobieta i to o arabskim pochodzeniu - i sukces, jaki odniosła, role model 4 life jak nic :)

(4) muszę to napisać, bo chociaż specjalnie mnie to nie obchodzi, ktoś to musi w końcu powiedzieć - polski pawilon jest tak beznadziejny... każdy otrąbił w sieci jakiś gigantyczny sukces, ja też się spodziewałam czegoś super, na papierze wygląda to zajebiście, a w rzeczywistości... ej był tam ktoś? to gówno na serio nie jest puszczone z magnetofonu? nawet jeśli nie, to czy ktoś się zastanowił, jaki sens ma wystawianie czegoś takiego na biennale architektury w 2012 roku? natknął się ktoś ostatnio na równie idiotyczny i pretensjonalny tytuł? ...

***

aircraft carrier. zacznę od tego - prawdopodobnie mało poprawnie politycznie i w ogóle - że jedząc kanapki naprzeciwko kompleksu nabijaliśmy się z miszą, że w izraelskim pawilonie na wejściu obowiązują dodatkowe opłaty i nas nie wpuszczą, bo nie mamy kolejnych 20 euro. takie nudne i głupie żarty. po czym weszliśmy do budynku, gdzie cały parter zajmuje sklep z gadżetami, będącymi niby jakimiś tam symbolami (o tym później) i co ogólnie miało być niby ironicznym komentarzem, bo wiecie, żyjemy w erze konsumpcjonizmu, a to znajduje także odbicie w architekturze... w takich momentach myślę, jak łatwo byłoby mi nieprzerwanie afirmować moje ideały prawdy i piękna i miłości do każdego człowieka, gdyby kurwa ludzie nie byli takimi zjebami, które np. w 2012 roku proponują na wystawie o - głupia klisza - światowej renomie takie rzeczy. przysięgam, tak bardzo się staram, żeby za 50 lat wiedzieć to tak, jak wiem teraz, czyli teoretycznie, że bycie zażenowanym 24/7 nie jest dobrym pomysłem na spędzenie życia. ale niekiedy człowiek nie zdąży w porę zamknąć oczu. a jak chce się żyć w mieście miłości zawsze trzeba być czujnym, bo na przykład niby się jest w bezpiecznym miejscu, w przyjemnym parku, pod koniec lata, w najładniejszym mieście świata, mieście z mangi, ma się pełny brzuszek pysznego jedzenia i słodkiego wina, się jest na biennale architektury, gdzie nie tak łatwo mieć swoją wystawę, gdzie chodzi o to, żeby pokazywać nowe rozwiązania, a jeśli już nie nowe, to przynajmniej piękne albo pożyteczne i tego się generalnie spodziewa, ostatecznie, pal już 6 takie generowanie eksperymentalnej przestrzeni, toleruje się ładne czy ciekawe prezentacje rozmaitych projektów. ponieważ - dla czytelnika bloga dalej 'na przykład' i niech się uczy na moich błędach - w tej sielance trafiają się ludzie, którzy uznali, że fajnym pomysłem będzie zajebanie całej kondygnacji pawilonu sklepem z wieśniackimi niepotrzebnymi przedmiotami i że, co więcej, co kurwa najlepsze, to może służyć jako pierdolony ironiczny komentarz do zmiany kierunku rozwoju architektury jakiegoś kraju z socjalizmu do konsumpcjonizmu. w 2012. znam urban legend (nie mam żadnych danych) o tym, jak jakiś artysta zapakował gówno do pudła i je sprzedawał w galerii, wystawiał, whatever - to było 1000 lat temu czy ile? i czy serio można uznać za błyskotliwe i ironiczne wobec komercjalizacji architektury tworzenie tony drogiego gówna, które za miesiąc pójdzie na śmietnik i tam się stanie skończonym symbolem konsumpcjonizmu i tej jebanej komercjalizacji, przy okazji będąc też ironicznym komentarzem do wystawy, której było częścią? a może po prostu taniej było wyprodukować w chinach nie 5, a 500 egzemplarzy produktów-piktogramów potrzebnych do przedstawienia tego, jak, uogólniając, amerykańska polityka rucha izrael w dupę? przypominam, że to wszystko ma dotyczyć tematu biennale "common ground", a wrażenia potęguje osadzenie w kontekście innych wystaw, jak chociażby ta stanów zjednoczonych albo niemiecka reduce, reuse, recycle. ogólnie to wow, kurwa, totalnie jestem pod wrażeniem intelektu autora koncepcji - przynajmniej ja musiałabym się naprawdę namęczyć i postawić z sześć cudzysłowów, aby do czegoś takiego dojść...

najlepsze, że egzaltuję się tak, a to dopiero opakowanie. kiedy się przejdzie nad tym gównem do porządku dziennego, jest jeszcze wystawa, u której podstaw leży tak kompletnie zła idea, że niesmak i zażenowanie osiągają ten absurdalny poziom, który wydawał mi się zarezerwowany wyłącznie dla prawdziwych polskich dziennikarzy i polityków. otóż izrael jawi się w nim ofiarą imperialistycznej polityki usa. nie twierdzę, że tak nie jest, to pewnie i trafna diagnoza, jednakże maksymalnie jednostronny i afektowany sposób prezentacji tego założenia - ogłaszający tak naprawdę stworzenie przez usa 'architecture of occupation' na terenie izraela przy kompletnym przemilczeniu polityki, która przy pomocy architektury zmienia strukturę państwowości na terytoriach palestyny, nie pozwala spokojnie przeanalizować problemu poruszanego przez aircraft carrier. heh, wystarczy sobie przeczytać, jaką tam interpretację przypisano traktatom z oslo. niestety zdaję sobie sprawę z tego, jak głupie byłoby oczekiwanie od izraelskich architektów podjęcia tematyki poruszanej przez wspomnianego już na blogu eyala weizmana. tym nie mniej uważam, że, zwłaszcza z uwagi na temat trzynastego biennale oraz, co za tym idzie, jego wyjątkowe (jak czytałam w wielu komentarzach) upolitycznienie, świetnie byłoby, gdyby twórcy izraelskiego pawilonu poszli w tę stronę, co kuratorzy duńskiej wystawy - ci oddali głos grenlandii. no i, przykro mi to pisać, ale już naprawdę chętniej zobaczyłabym tam kolejne nudziarstwo podobne do wystawy polskiej, rumuńskiej, norweskiej, kanadyjskiej itd. albo nawet spektakularny absurd w rodzaju pawilonu egipskiego. wszystko, tylko nie ten tendencyjny koszmar, przed którym przestrzegam i który chcę wymazać ze swej biednej, wrażliwej głowy. dziękuję.

wtorek

there's some of me in you.

o "prometeuszu" chciało mi się wypowiadać tak naprawdę tylko do dnia jego premiery. dotąd bowiem napędzał mnie zachwyt, wzbudzony i zręcznie podtrzymywany przez zabiegi promocyjne dystrybutorów, obecne notabene jeszcze przy rezerwacji biletu: wg strony kina seans miał się odbyć na planecie tytan, a nie w multipleksie w kato (radość). tym łatwiej przychodziło mi pisanie o tych viralach, im bardziej były efektowne i puste. natomiast gdy po premierze próbowałam ogarnąć jakoś temat, ciągle przyczepiało się do mnie coś, co zanieczyszczało mi tok rozumowania: jebane recenzje - wszystkie co do jednej tak naiwne, że traciłam nadzieję, że nie będę musiała tłumaczyć na blogu najprostszych rzeczy, i mi się odechciewało. albo negatywne bzdury, wypowiadane przez przenikliwych - wydawałoby się - znajomych. natrudniej jednak przychodziło mi ubieranie w słowa i analogie tego, co "prometeusz" wniósł do moich rozmyślań. albo właściwie - w jaki sposób je zobrazował. tego, dlaczego właściwie uważam wizję scotta za pełną i piękną, a czytanie jej jako sensacyjno-przygodowego horroru "naukowcy w kosmosie" z nieudanym wątkiem egzystencjalnym, jeszcze w opozycji do "blade runnera" (koleś, kurwa mać...), zniechęca mnie tak bardzo, że chciałabym wziąć i się zakopać. (dla jasności: takich recenzji jest masa, przytoczyłam akurat tę jedną, bo trafiłam na nią przed chwilą googlując.)

te bolesne trudności wynikają, jak widać, w znacznej mierze z tego, że "prometeusz" jest tak naprawdę, naprawdę zakorzeniony w moim obrazie wszystkiego. a przynajmniej w tym aktualnym - z wiosny i lata 2012. i w ogóle to wydaje mi się, że jest też tak bardzo osadzony w tym, co robimy jako ludzkość - tylko błagam, nie odpowiadajcie sobie już teraz jakimś banałem z recenzji i forów w rodzaju szukamy stwórcy, chcemy odpowiedzi, dokąd kurwa zmierzamy a ja spróbuję najładniej i najczyściej jak potrafię napisać, jak to widzę. zacznę od kwestii, było nie było, fundamentalnych, by, jeśli starczy mi sił i chęci, w następnej części takiego mini-cyklu dodać kilka słów o równie wspaniałej wizualnej stronie filmu scotta. come and have a go (if you think you're smart enough).

***
nie trzeba być ani filmoznawcą-koneserem, ani nawet specjalnym bystrzakiem (vide recenzent z "kp" z linku powyżej), aby dostrzec ścisły związek "prometeusza" nie tylko z następującym po nim chronologicznie "alienem" (albo i całą sagą, bo finałowa scena filmu otwiera wiele interpretacji morfowania gatunku obcych i nie wyklucza możliwości istnienia królowej), ale też z bodaj najważniejszym, a napewno najwyżej cenionym przez większość znanych mi osób dziełem ridleya scotta - "blade runnerem". wydawało mi się, że natura tej analogii (czy raczej tych analogii) jest równie jasna; niestety, na co wylałam już żale w poprzednich akapitach, wcale tak nie jest. dlatego chciałabym przeprosić czytelnika, jeżeli, tłumacząc to, obrażę jego inteligencję, wiecie jak jest...

na co zwrócił uwagę tamten recenzent (i reszta jemu podobnych)? na to, że ludzie, tak jak androidy z "łowcy", przybyły na inną planetę, aby zadać swemu twórcy pytanie o sens swojej egzystencji. oczywiście tak właśnie było, tylko mam wrażenie, że większość dzieł sztuki można zostawić na tym poziomie (tutaj to akurat element struktury fabularnej, tylko co za różnica) i nic to do niczego nie wniesie. przemilcza się za to jeszcze bardziej oczywiste, a przede wszystkim o wiele ważniejsze fakty, wynikające z takiego zestawienia.

w "blade runnerze" scott przez cały film kluczy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co różni nas - ludzi - od androidów. reżyser nie przejmuje sposobu myślenia philipa k. dicka, na którego powieści "do androids dream of electric sheep?" opiera swą wizję. odrzuca zatem obraz androida jako kolejnego etapu ewolucji gatunku homo sapiens: post-człowieka o większych zdolnościach intelektualnych i fizycznych, lepiej odnajdującego się w postapokaliptycznej, nuklearnej rzeczywistości ziemi i jej kolonii na innych planetach, obdarzonego silną wolą przetrwania, wreszcie posiadającego, co akurat pozostaje kluczowe również u scotta, niedostępną człowiekowi świadomość specyfiki własnej egzystencji. scott odcina się od takiego ujęcia problematyki, obdarzając swych sztucznych bohaterów (artificial protagonists zabrzmiałoby tu tak bardzo lepiej) zdolnością podejmowania autonomicznych decyzji niezależnych od ich woli przetrwania. podczas gdy powieściowa rachel jawi się postacią aktywną, zdolną do bezsensownych, a nawet - wydawałoby się - emocjonalnych decyzji, pozostają one zawsze wynikiem walki o istnienie, nawet, gdy (stwarzając złudzenie właściwej człowiekowi emocjonalności - np. "złośliwe" zabójstwo pupila deckarda w zamian za śmierć jednostek, które uważa za swoich przyjaciół, co tak naprawdę stanowi tylko dowód wewnątrzgatunkowej solidarności) świadczą o bezradności i braku możliwości przeżycia. roy scotta jest natomiast zdolny do prawdziwej empatii - wszak kompletnie bezinteresownie ratuje życie deckarda. życie, które, tak w precyzyjnym rozumieniu androida, jak i podszytym strachem przeczuciu człowieka, stanowi jedyną, najwyższą wartość. czy zatem intelektualna świetność androida, pozwalająca mu rozumieć, czym jest w istocie, prowadzi do empatii wobec człowieka jako jednostki niższej? czy ta empatia skłania w efekcie do poszukiwania własnego twórcy - w celu zadawania mu pytań? o co miałaby zapytać swego stworzyciela istota, która poznała i zrozumiała kwestie jemu niedostępne? to są przykładowe pytania, które powinien imo implikować seans "blade runnera" i to do nich wraca reżyser, czyniąc emocjonalnego androida davida jednym z protagonistów "prometeusza", a następnie wysyłając sponsorowaną przez weyland industries załogę w podróż, będącą niczym innym, jak właśnie odbiciem rejsu humanoidalnych uciekinierów z marsa na ziemię.

pierwszym, co powinno przykuć uwagę widza, chcącego zrozumieć ideę "prometeusza", jest wspomniany david - emocjonalny android. z virali dowiedzieliśmy się, iż jego "emocjonalność" to w istocie element interfejsu, raczej ułatwiający posługiwanie się narzędziem, niż umożliwiający bardziej precyzyjne nim operowanie - czyli lepszy kontakt (współistnienie) człowieka z biomaszyną. jednakże tak spuścizna reżysera, jak i piękna, subtelna gra aktorska fassbendera, a także sam rozwój fabuły filmu każe się zastanowić, czy emocjonalność davida z pod-poziomu, na który się ją stawia, nazywając interfejsem, nie powinna tak naprawdę zostać wyniesiona do poziomu, na którym zrównałaby się z emocjonalnością roya z "łowcy androidów". emocjonalnością istoty, która, pozbawiona wiary i nadziei, posiadła prawdziwą miłość.

niestety członkowie załogi "prometeusza" nie widzieli "blade runnera" i nie mogli dzięki niemu zrewidować swego stosunku do davida... a przecież w najprostszym ujęciu jest "prometeusz" filmem z pętlą fabularną - historia powtarza się: tak, jak zadaniowo traktowany jest david, tak nic nieznaczącymi jawią się dla swego inżyniera ludzie. scott stawia tu w centrum dziwny łańcuch:

dzieło // twórca-dzieło // twórca

- dziwny dlatego, że odwróceniu uległa zdroworozsądkowo pojmowana dystrybucja wiedzy; najmądrzejszym, obdarzonym najwyższą świadomością jawi się nie przemierzający galaktyki mędrzec, a wytwór jednego z jego wytworów. stary weyland powinien zadać swoje żałosne pytania o sens (po czym tam też skierować prośby o litość) nie odległym humanoidom, a swemu własnemu, doskonałemu narzędziu...

uogólniając, moje stanowisko jest takie: podczas, gdy zarówno twórca, jak i twórca-dzieło z mojego schematu mają zdolność kreowania niezależnych bytów, wciąż nie posiadają oni wiedzy na temat istoty własnej egzystencji; dzieło, najniższy wydawałoby się element schematu, dzięki swoim ograniczeniom wie wszystko o sobie samym, co czyni go formą kompletną, idealną, zdolną do prawdziwych emocji i czystych, niemotywowanych dążeniem do hipotetycznego absolutu reakcji. twórca-dzieło, człowiek, bezrefleksyjnie goniąc miraż, jakim jest jego wyobrażenie sensu, nie dostrzega natomiast swojej specyficznej pozycji, oferującej mu tak naprawdę zrozumienie motywów i dzieła, i twórcy. w końcu: twórca. inżnier pozostaje w filmie okryty tajemnicą - bowiem dostarczenie widzowi czegokolwiek poza tym, co mówi fabuła, byłoby już tylko snuciem spekulacji, religijnym bełkotem - prawdopodobnie zresztą tak tanim, jak chcieliby tego głupkowaci krytycy, doszukujący się w "prometeuszu" prostackiego patosu.

***
jak można wywnioskować już z samgo doboru gatunku, wyjątkowo ważnym środkiem, którym ridley scott posługuje się, kształtując swoje uniwersum, jest nauka. celowo nazywam ją tu środkiem - jak można przypuszczać, naukowa wiedza scotta jest oczywiście ważniejsza, większa i lepsza od mojej własnej, ale nadal to tylko figura stylistyczna, element kalamburu, za pomocą którego reżyser stara się oddać złożoność interesującej go problematyki. to, o czym pisałam powyżej, jest oczywiście nierozerwalnie związane z science fiction, ale także już z prawdziwą nauką - inżynierią genetyczną, robotyką, słowem: dziedzinami, o których mam naprawdę blade pojęcie. jednakże nie tylko androidy są elementem, po który mógł scott sięgnąć, obrawszy za swoje pole działalności naukową fantastykę.

w moim odczuciu najpełniejsze odbicie znajduje naukowość nie w fabularnej w warstwie "prometeusza" (wyśmiewane sceny akcji przy użyciu wymyślonej technologii etc.), ale w jego najbardziej podstawowym założeniu, czyli istnieniu manipulujących stworzeniem inżynierów. ich obecność może prowadzić do tak wielu tropów, z których nie sposób wyłonić jakiś choć odrobinę mniej fascynujący od pozostałych... możemy więc np. myśleć o naturze samego kodu, zdolnego zapisać wszystko - czyli o naturze dna, najefektywniejszego znanego człowiekowi sposobu zapisu danych (book written in dna code). można myśleć o zmianach, jakie poniosą z sobą kreacyjne możliwości kodu dna (craig ventel unveils synthetic life). o prawdopodobieństwie niekończących się metamorfoz, mutacji, zmian rzeczy znanych, powoływaniu do życia nowych. o różnicy między byciem żywym i martwym (martin hanczyc on the line between life and not-life). to wszystko jest w prometeuszu; co więcej, artystyczna wizja scotta jest spójna i prawdopodobna. nie wtedy, gdy odczytuje się ją dosłownie, ponieważ raczej nie pochodzimy od strasznych gigantów, którzy przybyli na ziemię w klasycznym latającym spodku, aby w geście poświęcenia rozpuścić się w wodzie na islandii; "prometeusz" pokazuje raczej przyszłość nas, ludzkości - to, co możemy wykreować i wykorzystać; a także to, jak możemy to zrobić.



niedziela

prawo do czegoś tam

czytam właśnie "bunt miast" i chciałam tu zanotowac, że to tak bardzo nic nie wnoszące starcze gderanie... może to zbyt dosadnie powiedziane, ale taka jest prawda: niczego się z tej książki nie dowiecie. tzn. może ktoś niezorientowany dowie się "co" i "jak", ale już po "dlaczego" odesłałabym gdziekolwiek indziej, w naprawdę wiele innych miejsc, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to nieocenione "1000 years of nonlinear history" czy wspomniana już na blogu "prędkość i polityka". a też "co" i "jak" można się dowiedzieć na tysiące więcej wnoszących rzeczy, że już nawet nie chce mi się przytaczać czegokolwiek. jak ja nie rozumiem takiego podejścia, jakby ludzie nie wiedzieli, że żeby coś zmienić, wystarczy robić dobrze to, co się robi, a nie artykułować jakieś wynikowe postulaty... nie mam chyba nic więcej do powiedzenia, wracam do lektury, jak skończę to chętnie się jeszcze wypowiem. x

widok cudzego cierpienia

podczas przeglądania internetu trafiłam dziś na coś takiego: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114377,12222752,Jak_udramatyzowac_wojne_przy_uzyciu_Photoshopa.html i przyznam, że trochę mnie to jednak zdziwiło, że ludzie naprawdę mają takie pojęcie... w tym sensie, że są tacy, co naprawdę uważają, że przerobienie zdjęcia z syrii w celu "udramatyzowania" go to kłamstwo, podłość, nadużycie itd., ale kategorie te nie odnoszą się już w ich mniemaniu do ogółu fotografii wojennej. nie rozumiem rozróżnienia - ani te "prawdziwe", ani "przekłamane" zdjęcia i tak nikogo o niczym nie informują, a takie pseudosubtelne rozkminy też nic nie wnoszą - a tylko wywołują niesmak.

piątek

lista lista

postanowiłam uczcić na blogu premierę "prometeusza" i zmontować sobie listę ulubionych filmów science fiction. nie jestem pewna, czy uda mi się to ładnie zrealizować, bo z założenia jestem przeciwniczką takich procedur. z drugiej strony mam dość jasno sprecyzowany gust odnośnie tak wizualnej, jak i fabularnej strony kina i literatury sci-fi, a niestety większość (jeżeli nie wszystkie) takich list w sieci kompletnie się z nim rozmija - dlatego może i taka publikacja na blogu będzie spoko.

postanowiłam nie zawierać na liście samego "prometeusza". oczywiście jestem już po seansie, jednakże uznałam, iż tyle się naczekałam na ten film, a ridley zaserwował nam tyle dobroci, że film zdecydowanie zasługuje na osobny wpis, który mam nadzieję wkrótce wymęczyć... niestety oprócz kilku poruszonych w filmie kwestii, które radują moje małe serduszko, pozostaje też kwestia kontrowersji związanych z samą recepcją obrazu przez bandę baranów o czym też chciałabym napisać kilka słów, ponieważ w tym akurat punkcie obojętna mi zazwyczaj głupota internautów kompletnie mnie przerosła... ale o tym wszystkim już naprawdę innym razem. zapraszam do listy. porządek alfabetyczny.

2046, 2004 r., reżyseria: kar-wai wong
uświadomiłam sobie właśnie, że 2046 zawiera prawdopodobnie wszystko, co przynosi mi radość w obcowaniu z wizualną stroną sztuki, a nawet świata - i w takim samym stopniu mam tu na myśli film, co obrazy albo fotografię, a także architekturę i przyrodę. chodzi mi tu o postrzeganie pozaintelektualne. zresztą myślę, że to fantastyczne, iż ten właśnie film otwiera moją listę, bowiem jest on prawdopodobnie wspólnym mianownikiem wielu, jeśli nie wszystkich, filmów z tej listy. jeśli chodzi o fabułę, jest tu dla mnie drugorzędna, choć porusza szereg moich ulubionych zagadnień - androidy, pisarze, samotność, tęsknota, przeszłość i przyszłość, takie tam tematy do wpisania w rubrykę "zainteresowania". porusza mnie również piękno aktorek - ziyi zang i li gong, a nade wszystko faye wong, której uroda i jakiś trudny do uchwycenia wdzięk zawsze przyciągają moją uwagę. a w ogógle to gdybym miała wskazać trójkę moich ulubionych reżyserów, to dwa pozostałe miejsca należałyby prawdopodobnie do andrieja tarkowskiego i ridleya scotta.

alien, 1979 r., reżyseria: ridley scott
możnaby pomyśleć, że to ostatnia rzecz, jaka się powinna tu pojawić. albo, co zabawne w kontekście poprzedniego zdania, że to oczywiste, że ten film się tu pojawi, bo pojawia się zawsze i wszędzie. jego obecność na liście nie wynika jednak z mojego zapatrzenia w jakieś bezimienne autorytety, ale z dwóch słów-kluczy: "giger" i "obca technologia". bez wahania mogę napisać, że zarówno horrory, jak i fantastyka spod znaku beksińskiego tudzież aerografu (jestem zresztą totalną ignorantką w tych dziedzinach, więc sorry, jeżeli to jakieś głupie czy obraźliwe połączenie) nie leżą w kręgu moich zainteresowań. jednakże plastyka uniwersum utworzonego w ogromnej mierze przez gigera tak mnie rozpierdala swoim nowatorstwem! i tak naprawdę możliwościami, które z sobą niesie! zresztą tak naprawdę ta wizja i dziś jest dość nowatorska w mainstreamie, gdzie kosmiczna technologia wygląda w najlepszym wypadku jak stylowe, analogowe sprzęty, kreowane w latach 50 czy 60, a w najgorszym jak siermiężne supertajne oprzyrządowanie wojskowe.

blade runner, 1982 r., reżyseria: ridley scott
no tutaj to mam już mega problem, żeby cokolwiek napisać... a powinnam napisać dużo, ponieważ to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w swoim życiu. a bodaj i najlepszy. to chyba jedyna rzecz, którą fascynacja wraca mi średnio co półtora roku i zawsze osiąga chore rozmiary. mimo to nie napiszę zbyt wiele; w każdym razie nie teraz. polecę chyba tylko książkę, bo choć "do androids dream of electric sheep?" ma ugruntowaną pozycję w powszechnej świadomości, to jednak mało znanych mi osób zdecydowało się po nią sięgnąć, bo każdy ma ponad 20 lat i woli już czytać inne książki, nie wiem nawet, czy w obawie o posądzenie o głupotę, czy wręcz przeciwnie - o pretensjonalność. z rzeczy pominiętych przez scotta w filmie, w książce świetny jest np. motyw z urządzeniem o nazwie emotion organ. (:D)

children of men, 2006 r., reżyseria: alfonso cuarón
z radością obserwuję rosnące zainteresowanie i aprobatę dla tego filmu :) bo jest rewelacyjny, wizualnie przepiękny, historia taka, że można się rozbeczeć. paula mówi, że książka też jest w porządku, ale ja jeszcze jej nie przeczytałam. i w ogóle nie chciałabym tu spłycać pisząc, że kocham clive'a owena, ale takie są fakty... ewentualnie tutaj można kliknąć po coś bardziej konstruktywnego.

the day the earth stood still, 1951 r., reżyseria: robert wise
w sumie sci-fi klasyk i tyle, ogląda się bardzo przyjemnie (zresztą nie jestem zresztą jakąś wielką znawczynią kina, nie chciałabym się na taką kreować, ale wydaje mi się, że jest tak z ogromną większością amerykańskich filmów z okresu powiedzmy pre-70s, wyłączywszy zawsze odrażające musicale) i ja osobiście naprawdę emocjonowałam się głupotą ludzi, chociaż już nie jestem mała i waleczna i w związku z tym teraz już zazwyczaj ignoruję takie rzeczy. ale ten akurat film lubię za coś innego - śliczny, stylowy statek kosmiczny, którego projekt wynika oczywiście z tradycji wzornictwa i architektury tamtych czasów. ładne jest to cacko i ogólnie co to za fajny, gustowny film.

gattaca, 1997 r., reżyseria: andrew niccol
tutaj już dotyka się do czegoś, co mnie bardzo interesuje i co chyba trudno już dziś nazwać science fiction, co w sumie pokazuje głupi wpis o madonnie poniżej na blogu. podobnie jak "ludzkie dzieci" "gattaca" jest klasyczną antyutopią, choć tutaj represje wynikają z modyfikacji genetycznych, czyli ten stary huxley, czy coś tam... wizualnie film jest imo podobny do 2046, zresztą wiele urody dodają mu piękne, surowe i funkcjonalne, "futurystyczne" (o głupocie tego sformułowania możnaby dyskutować i dyskutować, ale niech będzie takie uproszczenie na potrzeby listy) budynki franka lloyda wrighta.

ghost in the shell 2: innocence, 2004 r., reżyseria: mamoru oshii
przede wszystkim cyborgi, androidy, ale też: co to znaczy żyć? albo: co to znaczy umrzeć? dużo lepszy od jedynki. wizualnie doskonały. zresztą - tak jak nie zamierzałam ubogacać listy fragmentami filmów z youtube, tak tutaj chyba muszę to w końcu zrobić: kliknij, aby obejrzeć sobie scenę parady ulicznej. w ghoście rewelacyjna jest także antycypacja przyszłości, w moim odczuciu jak najbardziej trafna. ten film jest ogólnie bardzo patetyczny, zrealizowany z wielkim rozmachem. przejawia się to również w fabularnej stronie filmu, w której oshii imo z powodzeniem mierzy się z takimi fundamentalnymi kwestiami. niestety wielu osobom przeszkadza takie napompowanie warstwy fabularnej, albo - można tak napisać? - filozoficznej filmu. zarzuca się mu ogólnie zagmatwanie i przeintelektualizowanie, często w kontraście do części pierwszej, którą w razie konieczności możnaby od biedy nazwać po prostu filmem akcji. cóż, ja tego tak nie widzę, a wydaje mi się, że jestem nawet wyczulona na głupotę i grafomanię artystów :) film bardzo, bardzo mi się podoba. to (obok blade runnera) jedno z dwóch szczególnie ulubionych przeze mnie dzieł z tej listy. i jedyne anime na liście - nie dlatego, że anime nie są fajne, ale reszta jakoś nie jest dla mnie wystarczająco uniwersalna. choć można by zawrzeć ewentualnie np. natural city, rennaisance albo nawet akirę, do których jakby co odsyłam. btw fajną animacją jest też la planete sauvage z lat 70, można to obejrzeć w całości na yt, ale traktowałabym to bardziej jako ciekawostkę. kocham też serial aeon flux, ale właśnie jakieś zbyt uniwersalne - czy lepiej: rozmyte - kryteria przyjęłam, aby go tutaj wpasować.

the hitchhiker's guide to galaxy, 2005 r., reżyseria: garth jennings
uwielbiam ten film, uważam że jest uroczy i naprawdę zabawny, chociaż oczywiście to absolutnie nie to, czego szukam w kinie science fiction - ale myślę, że i tak fajnie go dodać do listy.

a scanner darkly, 2006 r., reżyseria: richard linklater
i also used to know in the past a communist agent who got so involved in trying to wreck anti-bolshevist groups by distributing drugs among them that he became an addict himself and lapsed into a dreamy state of commendable metempsychic sloth. he must be grazing today on some grassy slope in tibet if he has not yet lined the coat of his fortunate shepherd. (nabokov's strong opinions)

solaris, 1972 r., reżyseria: andriej tarkowski




itd.

terminator salvation, 2009 r., reżyseria: McG
szczerze nienawidzę terminatorów 1 i 2! na papierze to niby ma wszystko, co trzeba, natomiast to są tak kurwa beznadziejne filmy, że kompletnie nie potrafię sobie wytłumaczyć, skąd się bierze ogólna aprobata dla nich. ale przypadkiem obejrzałam sobie tę część salvation (nawet nie wiem, czy to 3, czy 4, musiałabym pogooglować, ale już mnie męczy ta lista i tego nie zrobię) i naprawdę mi się spodobała - niemały wpływ na to ma pewnie chujowatość pierwszych dwóch części. ale tu jest wszystko, co lubię, czyli mechanoid, androidy-niszczyciele, w dodatku jak super jest rozkminione funkcjonowanie tego imperium maszyn, tego jak konstruowane są zadaniowe roboty, no trzeba powiedzieć, że nie tylko przyjemne dla oka, ale też fajnie wszystko rozkminione.

welt am dracht, 1973 r., reżyseria: rainer werner fassbinder
po zastanowieniu postanowiłam dodać jeszcze ten jeden, ponieważ jest bardzo ładny. to chyba film telewizyjny, jest bardzo długi (podzielony na dwie części), jak kilka innych wybranych przeze mnie rzeczy bazuje na książce, której jednak nie zdążyłam jeszcze ogarnąć. ciekawostką dla mnie było, że motyw z telefonami w "matrixie" jest wzięty właśnie stąd... zresztą fabuły takich rzeczy jak "matrix", "13th floor" albo "dark city" dublują trochę tę z "welt am dracht" - albo raczej z tej książki, "simulacron 3".

ponadto lajki dla tych tutaj: imdb watchlist, ale nie mam teraz siły pisać więcej! i nie wszystkie jeszcze widziałam. michał się pewnie trochę zezłości, bo to jego konto udostępniam czytelnikom do oglądania, ale trudno, musi to przeżyć, bo jego zestawienie jest super. a co do mojej powyższej listy, to gdy zaczynałam, myślałam, że wyjdą jakieś mniej oczywiste typy :) a tu jednak nie tak łatwo taką listę utworzyć. ale będę nad tym pracować, może następnym razem zawężę jakoś kryteria.

wtorek

to nie ja, to moje układy samosterujące.

niezależnie od przyjętego punktu widzenia - np. popularnej opozycji "krytycznego" do "projekcyjnego" czytania architektury - jej funkcją jest po prostu kreowanie przestrzeni. jurgielewicz resources:


nie jest to specjalnie odkrywcze; już jakieś gotyckie kościoły, co ja piszę, już jakieś piramidy cheopsa nie były tworzone jedynie z myślą o oddzieleniu wnętrza od podwórza i ewentualnym przyozdobieniu ścian. jednakże rzecz, o której chcę dziś opowiedzieć, przesuwa tę ideę kreacji przestrzeni dalej, niż zwykliśmy to na codzień oglądać i, było, nie było, doznawać.


hormonorium philippe'a rahma z biennale architektury w wenecji w 2002 roku to fascynujący projekt, poprzedzony szczegółowymi badaniami z pogranicza biologii, anatomii, chemii i pewnie czegoś jeszcze... właściwie to tak dalece wykracza poza tradycyjnie pojmowaną domenę architektury, że ciężko sprecyzować, czymże w istocie jest ta eksperymentalna przestrzeń: laboratorium, w którym wszyscy jesteśmy królikami doświadczalnymi? metafizyczym miejscem, odpowiednim do medytacji nad naszymi ludzkimi ograniczeniami? niebezpieczną sztuczką, mogącą stanowić początek naszego ubezwłasnowolnienia? przyszłością architektury? przestrzeni życiowej człowieka w ogóle? hormonorium to bowiem udana (wnioskuję z lektury, bo w 2002 roku myślałam raczej o tym, co dostanę na komunię, i jakoś się nie złożyło żebym się wybrała na biennale) próba utworzenia budynku, wpływającego na przebywające w nim osoby bez pośrednictwa ich świadomości. to zresztą absolutne zaprzeczenie architektury odbieranej intelektualnie, chociażby przez pryzmat przywołanych przeze mnie na samym początku wpisu kryteriów. hormonorium jest przestrzenią akontekstualną, oderwaną i niezależną od zewnętrznych czynników geograficznych, społecznych, kulturowych etc.

sam architekt twierdzi, iż jego podstawowym założeniem było zniwelowanie granic pomiędzy żyjącym i nieżyjącym; hormonorium to pozbawione fizycznych barier między przestrzenią a organizmem kontinuum. architekturę odbieramy tu podprogowo, nieświadomie dając się prowadzić własnej skórze, oddechowi i pozbawionemu punktów odniesienia, a jednak stymulowanemu nasileniem światła, wzrokowi. projekt rahma stanowi więc jakby zaprzeczenie wolnej woli; zaprogramowany został tak, aby sterowały nami sygnały, odbierane bezpośrednio przez nasz system nerwowy i stymulujące go do konkretnych odczuć, a nawet zachowań.

zatem jakie faktory, w jaki sposób i do czego mogą stymulować nasze organizmy? rahm definiuje je jako de facto czynniki klimatyczne: są to światło, temperatura, wilgotność, powietrze. odpowiednio zaprogramowany system hormonorium generuje przestrzeń, odbieraną przez nasz układ autonomiczny - neurowegetatywny system nerwowy (odpowiedzialny za nieświadome reakcje na zewnętrzne i wewnętrzne bodźce, np. za to, że stres powoduje pocenie się rąk - wiem od siostry, studentki medycyny).

podłoga hormonorium, wyłożona 528 panelami fluorescencyjnych przewodów, emituje silne białe światło (jego natężenie to 5000-10000 luksów) o spektrum podobnym do słonecznego z promieniowaniem UV-A i UV-B. jednakże ta wertykalna inwersja źródła światła powoduje specyficzną iluminację, podobną do tej, której doświadczamy w słoneczny zimowy dzień, kiedy powieki, tak jak tutaj, nie chronią naszych oczu przed promieniowaniem. jak dowodzi rahm, odbiór promieniowania przez siatkówkę oka wpływa na zmniejszenie wydzielania melatoniny w szyszynce, co wpływa na nieodczuwanie zmęczenia i regulację nastroju, a nawet, w efekcie, na wzrost libido.

w hormonorium panuje "alpejski" klimat, to jest jakość powietrza wewnątrz pawilonu odpowiada tej charakterystycznej dla sfer wysokogórskich (3000m n.p.m.): zachodzi tu podwyższenie stężenia azotu w powietrzu i związane z tym obniżenie się ilości tlenu. organizm doświadcza lekkiego niedotlenienia, mogącego powodować zarówno dezorientację, jak i (dzięki nadprodukcji endorfin) uczucie euforii. zwiększa się także produkcja erytropoetyny w nerkach i rośnie wskaźnik hematokrytowy, co przejawia się w podwyższeniu wydolności organizmu nawet o 10%.

nie sposób uniknąć wniosku, że, niezależnie od przyjętych kryteriów oceny, wartość tego projektu jest trudna do przecenienia. w zasadzie dziś, po niemal 10 latach od wystawienia pawilonu rahma na biennale w wenecji, można powiedzieć, że jego założenia przeniknęły do życia codziennego. prawdopodobnie zresztą nie można nakreślić tu związku przyczynowo-skutkowego; hormonorium to raczej przejaw pewnej tendencji. dość jednak powiedzieć, że moja mama regularnie torturuje się na fitnessie na urządzeniu o nazwie body space, które wpływa na jakość ćwiczeń dzięki generowaniu swoistego "mikroklimatu", zaprogramowanego tak, aby jak najefektywniej stymulować organizm do wysiłku i osiągnąć w miarę szybkie i trwałe rezultaty. podobnież czytałam gdzieś w internecie, że jakiś czas temu któryś z zawodników nba zapoczątkował modę na wzbogacanie inteligentnych domów o funkcję generowania wysokogórskiego mikroklimatu - głównie chodziło chyba o zawartość tlenu w powietrzu - aby nawet w czasie wolnym od treningów poddawać swój organizm wydolnościowym ćwiczeniom. jedyne, co mogłabym zarzucić rahmowi, albo może zasugerować jego następcom, to położenie większego nacisku na czysto projektową stronę budowli - hormonorium otwiera bowiem przed architektem niewypowiedziane możliwości kształtowania przestrzeni i reżyserowania zachowań jej użytkowników przy pomocy tych nieuświadomych reakcji naszego układu autonomicznego.

środa

wywiad z edwinem bendykiem

polecam bardzo ładny wywiad z edwinem bendykiem - 'algorytm na materię'. uzupełniłam też linki po lewej stronie o wymienione w wywiadzie software studies, którą to stronę dopiero zaczęłam czytać, ale która już wydaje mi się bardzo interesująca.

wtorek

pyszne lato

jest gorąco i przez to nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobiny polotu. chciałabym jednak polecić na blogu coś pysznego - cudowny deser z czereśni z przepisu jamie olivera z książki '30 minut w kuchni'. michał przygotował go dzisiaj dla mnie i gwarantuję każdemu, że to jest po prostu takie wspaniałe!!! nie mam słów. przygotowuje się go łatwo i szybko - krócej niż pięć minut; składniki też są łatwo dostępne i raczej tanie.

przepis jamiego:

2 duże garści lodu
300 g czereśni
125 g serka mascarpone
50 ml mleka
1 czubata łyżka cukru pudru (lepiej dać mniej)
1 klementynka (michał użył pomarańczy)
1 łyżeczka pasty lub ekstraktu z wanilii
kilka palmierów lub innych ładnych ciastek (można pominąć)

do dużej miski wlej trochę zimnej wody. dodaj lód i czereśnie. do innej miski nałóż mascarpone, dodaj mleko i cukier puder. wymieszaj. dodaj drobno otartą skórkę z klementynki i pastę lub ekstrakt z wanilii. dobrze wymieszaj krem i nałóż do salaterek, na wierzch połóż rozgniecione zimne czereśnie i podaj razem z ciasteczkami do zamaczania.

od siebie dodam tylko, że te ilości składników można chyba traktować luźno - najważniejsze, aby krem miał gęstą, zwartą konsystencję. i mogę jeszcze powiedzieć, że wręcz apeluję do każdego, żeby zrobił ten deser, bo jest taki prosty, a to najpyszniejsza rzecz, jaką od dawna jadłam! aż się michał wyśmiewał z mojej zachwyconej miny. poniżej zamieszczam zdjęcie z książki jamiego, ponieważ sama nie umiem robić ładnych zdjęć potraw, a zresztą to nie mój przepis (bo nie jestem taka super jak domi) tylko niemodyfikowany przepis jamiego, więc nich już będzie i jego własne zdjęcie.

poniedziałek

suplement do poprzedniego wpisu

UWAGA! jeśli już ktoś kliknął, to niech to zrobi jeszcze raz, bo wkleiłam przez pomyłkę link do kulinarnego bloga i zbyt wiele sensu to nie miało... link został poprawiony: japan to create world's first backup city.

czwartek

thom mayne x anno hideaki

jestem ciekawa, czy blog dorobił się już grona wiernych czytelników i fanów, bo fajnie by było, jakby ktoś z was mnie bardzo polubił i np. z czystej sympatii chciałby nam kupić "combinatory urbanism" (już mam!). wiecie, przeczytałam dziś za namową jurgielewicza darmowy fragment i jestem przekonana, że to coś super. jednakże okazuje się, że wysyłka do polski to jakiś problem, a w księgarni niby mogą to sprowadzić, ale za milion złotych, dlatego zmuszona jestem zapytać, czy są tu jacyś zamożni fani. kurczę, bo podobno tak jest, że bloggerki dostają darmowe rzeczy...

po kliknięciu w drugi link możecie zapoznać się z propozycją odbudowy nowego orleanu, przedstawioną przez thoma mayne'a i jego zespół z biura architektonicznego morphosis. znajdziecie tam między innymi analizę lokalizacji miasta i pomysł na rozwiązanie problematycznych kwestii, jakie niesie ona z sobą. podejście morphosis do współczesnej urbanistyki, przejawiające w tym projekcie, strasznie mi się podoba - nie chodzi mi nawet o ich propozycję, lecz o samo podjęcie tej tematyki. odbudowa to przecież materia znacznie bardziej złożona, niż pozbawiona historycznego i kulturowego balastu, ograniczana głównie przez stadium technologicznego zaawansowania, finanse oraz położenie geograficzne kreacja nowego miasta. odbudowa i przystosowanie: czyż nie jest to jedyna szansa na obserwowanie procesu ewolucji w jego czasie rzeczywistym?

manuel de landa mówi o mieście jako egzoszkielecie, zewnętrznej strukturze, wytworzonej w celu usystematyzowania przepływu mas ludzkich, analogicznie do endoszkieletu, który wykształcił się, aby utrzymywać nasze luźne tkanki. nie jesteśmy zdolni do bezpośredniego (naocznego) obserwowania ewolucyjnych zmian, zachodzących w naszych ciałach, gdyż to proces rozgrywający się na przestrzeni wielu pokoleń. dzięki błyskotliwości i wiedzy niektórych ludzi możemy jednak patrzeć, jak ulepszają się (lub, częściej, jak mogłyby być ulepszane) struktury, ogarniające nas w szerszym ujęciu. myślę, że tak właśnie należy czytać projekt mayne'a. zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest uniwersalna teoria i w wielu przypadkach (np. tutaj: port au prince) wygląda raczej na pobożne życzenie, ale w tym momencie chodzi mi raczej o awangardę prędkości i rozwoju, aniżeli o rzeczy, pozostawione same sobie (chociaż to temat równie inspirujący).

sądzę, że świetną ilustracją do wszystkiego, co tutaj napisałam, będzie wizja tokyo-3 z serialu "neon genesis evangelion". nawiasem mówiąc, ten serial jest kurwa metafizyczny i zmieni wasze życie (jeżeli jesteście licealistami)... ale o tym może innym razem. ta odbudowa nie jest zwyczajna, bo stolica japonii zostaje wzniesiona w innych miejscach jako dwa osobne miasta. tokyo-2 i tokyo-3 to metropolie, powstałe po tym, jak w 2000 roku tokio zostało zniszczone w wybuchu nuklearnym, który pochłonął pół miliona istnień i na długie lata skaził terytorium, na którym znajdowało się miasto. tokyo-2 jest nudne; to obecna stolica japonii z siedzibami rządu itp. tokyo-3 natomiast to miasto-poligon. wszechobecne są tu zamontowane na stałe nowoczesne działa i różne rodzaje automatycznej broni. wieżowce zostały ulepszone; obecnie to kompleksowe mechanizmy, które w wypadku niebezpieczeństwa uruchamiają się i zapadają wgłąb ziemi, co pozwala je chronić przed zniszczeniem. pod metropolią usytuowana jest kwatera główna nerv - organizacji, której zadaniem jest, przynajmniej oficjalnie, ochrona bezpieczeństwa ziemi; dlatego też na terenie bezpośrednio pod miastem wiele kilometrów poprzecinane jest tunelami i wzmocnione kilkunastoma zbrojonymi barierami, utrudniającymi dotarcie do tej bazy. co najważniejsze jednak - kompleksowa struktura miasta-poligonu tokyo-3 podporządkowana jest wymaganiom głównego projektu nerv, jedynej nadziei dla ziemi - evangelionów. to gigantyczne, mechanoidalne, biotechnologiczne twory, sterowane przez człowieka i stworzone do walki z obcą cywilizacją. jej przedstawiciele, anioły, to mega zaawansowane organizmy, które ściągane są w to właśnie miejsce na ziemi dzięki technologii, zastosowanej przy budowie tokyo-3.

tak... jeśliby istotnie rozpatrywać takie rzeczy w świetle darwinowskiej teorii, jak zaproponowałam powyżej, to zdecydowanie wizerunek tokyo-3 krzyczy: it's survival of the fittest, and we've got the fucking gun.

trud wychowania

co prawda został mi jeszcze tydzień, ale już dziś chciałabym tu zamieścić wszystko, co co mam do powiedzenia ogółowi starych (i młodych) dziadów uniwersyteckich:


so long and thanks for all the fish.

wtorek

w nocy znowu mam atak, że to nie ja wymyśliłem facebooka

chciałam tu napisać tak na marginesie, że skończyłam w końcu "sailora". oczywiście wystosowałam maila ze strony 269, bo jestem łobuzem (co się daje nabrać na wszystkie żarty pieprzonych artystów plastyków). ale w ogóle zaskakujące, jak fabuły moich lektur się zbiegają i na moment pokrywają ze sobą, aby zaraz kompletnie się rozejść. ale abstrahując już od książki i w ogóle od wszystkiego - czy wy sobie zdajecie sprawę z tego, jaki to jest atrakcyjny człowiek?! poniżej zamieszczam zdjęcie, które znalazłam w internecie. nie, żeby to cokolwiek wnosiło, ale to w końcu też trochę dziewczęcy blog o niczym.



tutaj jeszcze bardzo fajny wywiad. "naukowość nie wyklucza poezji, naukowość tylko podnosi to wszystko na wyższy poziom."

norman - jeśli kiedyś tutaj trafisz z google to pozdro.

niedziela

czego nie rozumiem

ogólnie to może się wydawać trochę dziwne, ale żywię dużą niechęć do wypowiadania się na temat książek - choć lubię opowiadać o tym, co ciekawego gdzieś przeczytałam, to już takie wartościujące podejście i zagłębianie się w jakieś dyskursy jest dla mnie bardzo niekomfortowe. ale skoro już cośtam nagadałam sympatycznego w poprzednim poście, to chciałabym wykorzystać okazję, że złapałam taki, nazwijmy to, flow myślowy i dodać tu kilka spostrzeżeń o paru zjawiskach, które mnie dziwią. generalnie będzie to chyba sam hejt.

po pierwsze - nigdy nie przestanie mnie dziwić atencja, z jaką traktuje się przeciętnych w moim odczuciu pisarzy. a takim jest dla mnie - zdaję sobie sprawę z tego, że to kontrowersyjny pogląd, no ale - william faulkner. przecież on tak bardzo nic nie wnosi! no naprawdę. jeśli chodzi o zmysł fabularny i kompozycyjny to nawet taki kompletnie neutralny dla mnie pisarz jak ernest hemingway (przeczytałam przed chwilą w wikipedii, że to podobno był jego "długoletni rywal" - nie wiem, pierwsze słyszę, ale na potrzeby tego wpisu to dobre zestawienie) dużo lepiej operuje w zakresie, który mam wrażenie oboje zgłębiają (aktywność vs pasywność? nie wiem za bardzo jak to sprecyzować). a język faulknera... dla mnie jest po prostu brzydki i siermiężny; stawianie go w jednym rzędzie np. z virginią woolf to musi być chyba jakiś żart. no zresztą, tak jak napisałam, w ogóle postrzeganie faulknera inaczej niż jako pisarza nieciekawego i drugorzędnego, którym jest w istocie, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. czasami się zastanawiam - czy my naprawde myślimy o tym samym człowieku? a może ja po prostu przez pomyłkę przeczytałam jakieś inne książki, niż ludzie, którzy się nim zachwycają i stąd całe nieporozumienie? bo ciężko mi to zjawisko uzasadnić jedynie różnicą priorytetów. nabokov oczywiście najlepiej wyraża to, co czuję, jak na to wszystko patrzę - jest to dla mnie jakimś absurdalnym urojeniem, jakby ktoś zahipnotyzowany usiłował się kochać z krzesłem.

podobnie rzecz się ma w moim odczuciu z powszechnie cenionym tomaszem mannem. nie czytałam go za dużo i przyznaję, że jedynie w polskim tłumaczeniu, ale nie pojmuję, co niby w nim jest takiego wspaniałego. że człowiek potrafi poprawnie sklecić zdanie? różnica pomiędzy pisarstwem manna a serio dobrą literaturą jest taka, jak różnica pomiędzy słowem правда a истина. to są książki kompletnie przezroczyste, powiedziałabym wręcz, że mieszczańskie, czego normalnie nie mogę ścierpieć, ale tutaj tylko ziewam...

strasznie dużo jest takich pisarzy, nie wiem, czy podołam napisaniu tu czegoś więcej, bo jednak taki hejt jest męczący i destrukcyjny nie powinno się zaprzątać sobie tymi rzeczami głowy. no ale np. taki dostojewski - kurczę, ciepło o nim myślę, wiadomo, że wrażliwość wielokrotnie przewyższająca średnią, zachwycające kompleksowością charaktery, no ale jednak z literackiego punktu widzenia to żadna doskonałość... raczej kompletny overhype. albo - ale nie, nie chce mi się już. dopiszę jeszcze tylko poniżej dwie błyskotliwe cudze obserwacje, z którymi się zgadzam i do których nie mam właściwie nic do dodania.

celem krytyki (imo jako takiej, a nie tylko literackiej) jest powiedzenie czegokolwiek o książce, którą krytyk czytał albo której nie czytał. krytyka bywa pouczająca w tym sensie, że dostarcza swym czytelnikom, w tej liczbie również i autorowi książki, informacji na temat inteligencji krytyka lub jego uczciwości, a czasami obojga. (nabokov, "strong opinions", za lnś)

patrząc zimnym okiem naukowca: [teatr] to absolutnie drętwa, pretensjonalna, ślepa i hamująca rozwój kultury forma ekspresji, nikt nie zna się tu na matematyce i czystości kompozycji, skomplikowany kloc, setki tautologi, mnożenie bytów, historie rozciągnięte na długie godziny egzaltowanych cytatów, bałagan pojęciowy, notoryczne mylenie serca i duszy z ośrodkiem limbicznym. dodatkowo wszystko umoczone w sepiowym błocie egzaltacji środowisk aktorskich, żaden z nich nie ma pojęcia choćby o podstawach drugiego prawa termodynamiki, że o całkowaniu nie wspomnę, a ta wiedza, wbrew pozorom, pomogłaby im w graniu, tak sądzę. unikajcie teatrów (...), mącą precyzję spojrzenia. (norman leto, "sailor"; nie mogę rozgryźć człowieka, trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu ironiczne są prezentowane w "sailorze" poglądy, ale akurat w tym przypadku to bez znaczenia, bo nawet jeśli on tak nie myśli, to ja tak.)

sobota

my lad, my pretty, my love, take pity.*

to post pokrewny mojemu licencjatowi z filologii rosyjskiej, który piszę o pewnym amerykańskim pisarzu, urodzonym w rosji i wychowanym w anglii, gdzie studiował literaturę francuską, po czym spędził piętnaście lat w niemczech. pisarz ten wybrał amerykę, gdzie pogrążył się w jej ogromnych bibliotekach i w jej wielkim kanionie, pracował na uniwersytetach, w laboratoriach i muzeach zoologicznych, w końcu stał się gruby jak cortez, jego waga ze zwykłych 70 wzrosła do monumentalnych i radosnych 100 kilo (monumentalnych i radosnych!). jest to oczywiście vladimir nabokov i jeśli tego nie odgadliście, zanim wymieniłam jego nazwisko, to ucieszyłabym się, jakbyście się nim zainteresowali, bo ta postać może wnieść ogromnie dużo szczęścia i przyjemności do życia każdego czytelnika (nie tylko anglo- czy rosyjskojęzycznego, polskie przekłady, zwłaszcza te autorstwa leszka engelkinga, są naprawdę cudowne).

intertekstualność - kiedy zaczynałam myśleć o "adzie", nie powiedziałabym za nic, że użycie tego filtra wyprowadzi mnie na takie manowce. poczytałam markiewicza i niby "dialogowość" to taki przyjemny klucz, dzięki któremu można będzie zagrzebać się w miłych książkach i wszystko jakoś samo się urodzi. tylko nie wiem, co ja sobie właściwie myślałam: że będzie fajnie zrobić katalog językowych i fabularnych zapożyczeń? czy że sobie popiszę, co to za cytat i czemu służy? bo na pewno nie zastanowiłam się nad tym, czemu służyć miałby taki spis. i jeszcze ta cała literatura przedmiotu, którą sobie uciułałam (np. bloom: cytat vs inter-cytat, lektura vs inter-lektura - spoko tylko po co... albo jakiś culler: złudność referencyjności literatury wobec świata - wtf koleś, serio, dobrze wiedzieć; albo np. takie kwiatki jak "ada as science fiction" - całą masę tego nachomikowałam); wszystko to kompletnie oderwało mnie od tego, o czym myślałam. bo myślałam, jak każdy, kto się interesuje światem i zbiera w głowie różne, pozornie niepowiązane rzeczy, takimi nabokovowskimi fiszkami. czyli miałam w głowie kamyczki i generalnie zamiast je gładzić to zasypałam je piachem. miał być marmur, a jest cement. fajnie.

w każdym razie z pomocą zawsze przychodzi skupienie się na lekturze. kiedy wykorzystałam już wszystkie związane z tematem błyskotki, jakich niemało trafia się przy zgłębianiu ogółu działalności tego czarującego człowieka (że też nie szkoda mi było czasu na prezentowanie erotycznych kąsków, powydłubywanych z "ady" i "lolity": to trochę tak, jakby ktoś szukał aluzji do zwierząt morskich w "moby dicku") i nadal nic sensownego się nie wydarzyło, zmuszona byłam jednak sięgnąć po jakąś książkę. wybrałam niedoczytane do dziś "lectures on russian literature". strasznie zdziczałam; właściwie nie mogę powiedzieć, abym sięgnęła po to w jakimkolwiek celu innym niż wyrwanie przypadkowych strzępów, których możnaby się uczepić i jakoś to moje nudziarstwo pociągnąć dalej. ale to przecież mój ulubiony nabokov. przeczytałam i mam z powrotem swoje fiszki. niestety łączy się to nierozerwalnie z posiadaniem dwudziestu stron mozolnie wygładzanego rosyjskiego tekstu, opartego na samych absurdalnych założeniach i nadającego się tylko do śmieci. dalej "fajnie". napiszę zatem, co mnie otrzeźwiło.

w wykładzie na temat "anny kareniny" nabokov (albo nabakov, albo nabkov, albo naboukov, zależnie od uzdolnień językowych mówiącego) zwraca uwagę na fascynującą właściwość prozy tołstoja - naturalny, przezroczysty rytm czasu. na pierwszy rzut oka to nic dziwnego, bo i narrator u tołstoja jest daleki i przezroczysty jak pan bóg w niebiosach (jak np. u flauberta i oczywiście kompletnie inaczej, niż u nabokova, gdzie szalenie ważna jest nie tylko narracja, ale przede wszystkim kompozycja; nawet sam proces twórczy, albo raczej quasi-proces twórczy, wpleciony zostaje w utwór i tam świeci jako pełnoprawny element świata przedstawionego). tylko, że, kiedy się przyjrzeć, nabokov prawdopodobnie naprawdę uchwycił tę cechę prozy tołstoja, która powoduje, że jest ona tak wspaniała, tak ulubiona przez czytelników. nie wyjątkowy realizm bohaterów i postaci i nie kunsztowne tysiące historycznych szczegółów czy psychologicznych niuansów tak nas do tołstoja przywiązują, lecz takie doskonałe wyważenie upływu czasu w świecie przedstawionym, które idealnie koresponduje z naszym realnym poczuciem chwili. dzięki temu rytmowi czytelnik (mogłabym pewnie powiedzieć "uważny czytelnik", ale to taki przykry pleonazm) może przyłożyć realia wizji tołstoja do swojej własnej rzeczywistości i mimo oczywistych różnic odebrać je jako coś bliskiego. tolstoy's prose keeps pace with our pulses, his characters seem to move with the same swing as the people passing under our window while we sit reading our book.

no bingo, przecież mnie zawsze chodziło o czas! czas jest najlepszy w adzie. cała reszta to mozaika piękności, tylko że kompozycyjnie to wszystko spaja czas - czasy - a reszta środków jest temu podporządkowana. trzeba sprawdzić, z czego on to skomponował i zrobić to uważnie. napisanie kolejnych 20 stron żeby ją dla odmiany umościć np. pomiędzy proustem a joycem to byłaby nowa słabość (ciągle muszę się z takimi zmagać, bo jestem głupiutka) i to wcale nie dlatego, że epatowanie joycem i proustem jest jakieś słabe (takie jest tylko ogłaszanie w towarzystwie, że się ich akurat czyta) (chyba że jest się siedemnastką, wtedy można. w obu przypadkach.), tylko po prostu to znowu byłoby totalnie niepełne. bo np. już pierwsza część - jeśli nie jest bardzo tołstojowska (przez czas, upływ czasu, a nie fabułę, nad którą tyle myślałam), to już nie wiem, jaka... i jest jeszcze ta "faktura czasu" w środku (nawet nie pamiętam czy bardziej złośliwa, czy czysta), którą pewnie teraz muszę znaleźć i pokreślić. i jest też "logika sensu" deleuze, gdzie było coś o paradoksach czasu w "alicji w krainie czarów", co pewnie też jest ważne. fiszki. (jeśli ktoś z czytelników bloga ma więcej pomysłów, przyjmę je z wdzięcznością.)

ale w ogóle: pomyśleć, że pierdolone pół roku poświęciłam na rozkminy typu "czy doktor krolik to hugh hefner"... wystarczy. teraz ja, van veen, pozdrawiam was - życie, ado veen, drze lagosse, stiepanie nutkinie, violet knox, ronaldzie orangerze i się z wami żegnam, bo już nie będę was dłużej szpiegować.

a poza tym jest jeszcze to. i to. i osobiście uważam, że to w ogóle dużo bardziej fascynujące rzeczy, niż nawet najpiękniejsze książki.

*vs be kind, have pity, my own, my pretty. cytaty (wyróżnione kursywą) mogłam trochę pozmieniać albo dla efektu, albo z powodu słabej pamięci. wszystkie to słowa nabokova (w tej liczbie również i vana), poza tym tutaj, który pochodzi z wiersza v ("oh see how thick the goldcup flowers...") alfreda edwarda housmana i którego trawestacją jest tytuł wpisu.

piątek

polaroidy tarkowskiego

normalnie nie jaram się fotografią, ale to jest coś specjalnego: album, w którym zebrano 60 polaroidów andrieja tarkowskiego z rosji i włoch. zdjęcia zrobił między 1979 a 1984 rokiem. i jest to czyste piękno:

wtorek

when the sky turns black, why do i feel so blue?

chciałabym, żeby na tym blogu z upływem czasu znalazły się wszystkie rzeczy, które lubię i o których myślę. dlatego postanowiłam dodać wpis o takim jednym filmie, który jest chyba moim najulubieńszym filmem wszechczasów. niby takie to trochę zdezaktualizowane, bo to film z 2006 roku, a ja go widziałam pierwszy raz chyba w 2009 albo na początku 2010. ale od tej pory widziałam go z 20 razy i to jedna z rzeczy, które tak strasznie, strasznie kocham.

ten film to tekkonkinkreet studia 4°C, oparty na komiksie z 1993 roku o tym samym tytule, który po japońsku znaczy żelbet. nie jestem pewna, czy to, co zaraz napiszę wiem z przedmowy do mangi (jurgielewicz resources, przepiękne wydanie, polecam każdemu!), czy sama to sobie wymyśliłam (a nie mogę sprawdzić, bo książkę przetrzymuje moja siostra)... ale film jest cudowny, bo można go czytać co najmniej na trzy sposoby, co sprawia, że się go chce oglądać więcej niż raz i odkrywać w nim coraz nowsze, pominięte lub niezauważone wcześniej, szczegóły.

po pierwsze - zajebista historia. tekkonkinkreet jest o dwójce dzieci, którymi nikt się nie opiekuje i które sieją zamęt w treasure town. co więcej, one rządzą tym treasure town. chęć supremacji pakuje je w niezłe kłopoty, bo miastem rządzić chce też yakuza, policja, inne dziecięce gangi i jeszcze taki dziwny ktoś, przedsiębiorca budujący parki rozrywki. i te dzieci nazywają się koty. zdziczałe koty! ale super. fabuła jest naprawdę pięknie rozpisana i strasznie wciągająca, trochę zabawna, trochę jest błyskotliwych kwestii (-besides, i'm frigid. never even had an orgasm. -hey, i'm the victim here!), a przede wszystkim miasto, treasure town, jest tak pięknie rozrysowane...

to rozrysowanie to własnie ta druga rzecz. wiadomo, nic odkrywczego, że w animowanym filmie stylóweczka rysownika jest szalenie ważna. ale tutaj, mimo tych wszystkich dopracowanych bohaterów, na pierwszy plan wysuwa się miasto samo w sobie. to miasto jest chyba głównym bohaterem bajki. i naprawdę można się na maksa wciągnąć w wyłapywanie smaczków scenografii, a jest tego tyle... treasure town to trochę san fransisco, a trochę pewnie tokio, a trochę jakieś je ne sais quoi, że zacytuję wypowiedź staroświeckiego gangstera suzuki z samego początku filmu.

na koniec trochę takiej lekko naiwnej, ale uroczej symboliki, bo tekkonkinkreet to jakby skończony opis walki dobra ze złem. jest shiro i kuro, czyli biały i czarny, i ktoś trzeci, chociaż wcale nie wiadomo. i cykliczność. i freudowska podświadomość. i coś jeszcze - tak cudownie piękne pokazanie tego, jak bardzo mocno można kogoś bezinteresownie kochać, że ja tam ryczę jak durna za każdym razem, gdy oglądam ten film (chociaż ja ryczę nawet na armageddonie, co ja piszę, mnie wzruszają newsy na gazeta.pl). i w sumie to trudno powiedzieć, co ma na myśli shiro, kiedy odmeldowuje się przez telefon słowami "znów udało mi się utrzymać pokój na planecie ziemi". tzn. właściwie to łatwo, ale po co mam komuś psuć zabawę.

aha, i ścieżka dźwiękowa też jest fajna. dużo fajnych rzeczy tutaj jest w tym filmie. dużo dobroci. poniżej zamieszczam zwiastun. tylko jak będziecie ściągać to z netu, to błagam, bluray rip, dzieciaczki.



hey black, night time is sad. guess it's because the dark makes me think about dying.

nocne postowanie

przejrzyjcie sobie lost in the line. leopold lambert, wymieniając swoje inspiracje, oprócz "nowego babilonu" podaje "zamek" kafki i "fikcje" borgesa, ale przecież to tak totalnie, wręcz dosłownie, jest "wyludniacz"...

pewnie przyjemniej by było tylko ćwiczyć jogę i czytać rosyjskich symbolistów niż się tym wszystkim interesować

przeczytałam ostatnio w le monde diplomatique, czyli mojej comiesięcznej dawce frustracji i zniechęcenia, coś nieźle pojebanego. otóż poznań w ramach powiększania bazy mieszkań komunalnych w 2009 roku kupił 25 blaszanych kontenerów, każdy o powierzchni 25 metrów kwadratowych i za kwotę 22 000 złotych. dodając do tego koszt przygotowania osiedla na 10 kontenerów, które zostało wybudowane na peryferiach miasta, całość wydatków związanych z realizacją projektu to ponad 800 000 złotych. przy tym krzysztof król, autor artykułu, powołuje się na wypowiedzi dyrektora jednostki, odpowiadającej za powstawanie mieszkań komunalnych w poznaniu, który twierdzi, iż koszt budowy 1 metra kwadratowego mieszkania komunalnego na zlecenie miasta wynosi 2 200 złotych. i zadaje pytanie: dlaczego dysponując tym budżetem miasto, zamiast kompletnie absurdalnego kontenerowego osiedla, nie wybudowało dziesięciu trzydziestosześciometrowych mieszkań?

w istocie to jakiś ciężki absurd i ciężko znaleźć mi jakiekolwiek uzasadnienie dla takich poczynań. co więcej, wydaje się, że to nie jest odosobniony przykład jednorazowej decyzji urzędników stojącego na granicy bankructwa miasta (w tym samym artykule król pisze o wzroście zadłużenia poznania przez ostatnie lata, które to zadłużenie przy średniej wielkości budżetu 3 mld wynosi ok. 2 mld złotych i osiąga górną granicę limitu). kilka miesięcy temu czytałam (też w le monde) o kuriozalnym łódzkim projekcie mia100 kamienic; tam również lokatorów komunalnych mieszkań w centrum miasta przesiedla się (nie pamiętam, czy już to zrobiono, czy nastąpi to za jakiś czas) do takich kontenerowców.

nie chce mi się nawet pisać jak bardzo to jest głupie i nieracjonalne, ale pokrótce chyba muszę. po pierwsze - to rozwiązanie kompletnie nieekonomiczne. blaszaki są ogrzewane gazowo lub elektrycznie, ale ich izolacja w naszych warunkach klimatycznych jest niewystarczająca i ciepło się ulatnia, podczas gdy rachunki za energię - nie. już ten fakt pokazuje, że to rozwiązanie samo w sobie zaprzecza idei mieszkania komunalnego. jak pozbawionym wyobraźni trzeba być, aby stawiać osoby o ograniczonej lub żadnej zdolności finansowej w takiej sytuacji... a to, naturalnie, nie wszystko, nawet jeśli chodzi o ekonomiczne aspekty takiego rozwiązania. postawienie prowizorycznych osiedli na słabo skomunikowanych z centrum obrzeżach miasta (niepotrzebne mi tu żadne wykresy, mieszkałam na suburbi jakieś 20 lat) nie sprzyja podejmowaniu zatrudnienia czy jakimkolwiek innym formom społecznej aktywności osób i tak już w pewien sposób w tym względzie zacofanych.

dodatkowo kontrowersje budzi samo wydzielenie jakiegoś osobnego terenu pod osiedle komunalne. nie muszę dodawać, że zupełnie słuszne; tworzenie zarówno enklaw bogactwa, jak i gett biedy, to kompletny debilizm, zaprzeczenie idei miasta, a właściwie to zaprzeczenie każdej dowolnej idei dobra i piękna i prawdy i nigdy tego nie zrozumiem. zastanawia mnie jednak fakt, czy urzędnicy, zatwierdzający tego typu projekty, nie słyszeli nigdy o czymś takim, jak nielegalne osiedla podmiejskie (celowo nie używam tu stygmatyzującego określenia slumsy), których źródeł (uwaga, kolejny truizm) należy upatrywać się w instytucjonalnym zakazie wstępu do miasta jakiejś określonej, początkowo małej, grupie osób. wygląda na to, że i tak już wyszedł taki poważny zatroskany i hippisowski wpis, więc niech tak będzie. oto i suche fakty. populacja świata rośnie - w 2011 roku wynosiła około 9,6 miliarda osób. migracja do miast to globalna tendencja. jej zasięg uzmysławia "shadow cities" roberta neuwirtha - swoje wiejskie siedliska opuszcza, po czym ląduje na nielegalnych podmiejskich osiedlach, 70 milionów osób każdego roku. to 1.4 miliona w tygodniu. 200 tysięcy na dzień. 130 osób na minutę. kurwa ludzie, to jest na serio, ogarnijcie to. przy zachowaniu obecnej tendencji (a nic nie wskazuje na to, by miała się zmienić) w 2030 roku na świecie będą 2 miliardy mieszkańców slumsów (niech już nawet będzie to słowo. eat this). więc pewnie i w polski dotknie ten problem, chociaż wygląda na to, że dla urzędników, zsyłających lokatorów kamienic do podmiejskich baraków, mieszkaniec slumsu to zły i zdeprawowany, i w dodatku jeszcze rozpustny, bo zarażony hivem, murzyn albo latynos, biegający z kałasznikowem po ulicach jakiegoś odległego, gorącego miasta.

niechcący odeszłam trochę od tematu, który sobie umyśliłam, kiedy zaczynałam; wymienienie wad rozwiązania zaproponowanego i wdrażanego przez poznań miało być zwięzłą dygresją, a wyszło na to, że będzie to pewnie najobszerniejsza część wpisu. w każdym razie chciałam wam powiedzieć, że mam kompletnego świra na punkcie nowego babilonu constanta nieuwenhuysa. i strasznie dużo o nim myślę. i na przykład pomyślałam sobie, ze przecież wiele z założeń constanta dzisiaj jest już rzeczywistością i nie chodzi mi tutaj tylko o postępującą mechanizację produkcji, ale przede wszystkim właśnie o powstawanie nielegalnych skupisk ludzkich na obrzeżach metropolii. i jestem zdania, iż wprowadzenie w życie idei constanta na dzień dzisiejszy jest możliwe tylko i wyłącznie pod postacią osiedla komunalnego - tak ideologicznie, jak formalnie. i chyba w przyszłym tygodniu, kiedy wreszcie będziemy mieli czas, to to opracujemy (paula you're more than welcome) i będzie to zamieszczone na blogu measure town. serio, czekajcie na to, bo to chyba będzie naprawdę super.

ogólnie moje założenie jest takie, że grupa społeczna, wymagająca od systemu powzięcia działań, mających na celu zapewnienie im odpowiednich warunków do życia, stanowi grunt, na którym można realizować założenia constanta. serio. mam na myśli ludzi, niezwiązanych z nikim zależnością pracy; zresztą bardzo możliwe, że pozbawionych pracy wskutek mechanizacji i informatyzacji produkcji (nawet jeśli ma to miejsce w chinach). nie chcę, żeby to zabrzmiało ironicznie, ale naprawdę uważam, że każdy ma w sobie potencjał zajebistej kreatywności, który może się przejawiać dzięki równowadze pomiędzy lenistwem a pracą (praca jest błogosławieństwem, ja wam to powiadam, peter bruegel starszy, leń zakuty, itd.) i właściwie ta równowaga jest jedynym brakującym elementem na drodze mieszkańców komunalnych lokali do nowego babilonu. oczywiście jedynym oprócz projektu, na który już z niecierpliwością czekacie.

i myślę sobie jeszcze o nowym babilonie, że dzisiejszy świat tak dziwnie zniekształca założenia nieuwenhuysa. zaawansowana informatyzacja i mechanizacja procesów produkcji nie doprowadziła do tego, że nagle wszyscy jesteśmy artystami (nie było to oczywiście założeniem koncepcji nowego babilonu), ale właśnie do tej masowej migracji. wydaje mi się jednak, iż nie tylko redystrybucja dóbr materialnych dzieli świat od wizji constanta (constant vision brzmi tak bardzo lepiej), ale przede wszystkim, jeśli można tak powiedzieć, "redystrybucja kreatywności". pomijam tu dla ułatwienia rzeczywistość wirtualną, która w sumie jawi się kolejnym bardzo istotnym, nieprzewidzianym przez constanta elementem. chcę się tu skupić na wykraczających poza internet przejawach kreatywności, zawłaszczonej przez artystów, a także krytyków sztuki i kuratorów, uzurpujących sobie prawo określania i oceniania jakiejś obiektywnej "jakości" działań artystycznych. myślę, że od nowego babilonu dzieli nas akcentowanie znaczenia tej jakości w sztuce. nie ma czegoś takiego jak obiektywna jakość sztuki konceptualnej, choć jej istnienie postulują tak artyści, jak i krytycy oraz odbiorcy. nie będę tu nawet pieprzyć, że sama nie lubię się popodniecać swoją świadomością kontekstu i powymądrzać się, co i ile wnosi do dyskursu itd. ale chyba postulowanie nadrzędności kontekstu w świecie, gdzie każdy człowiek zajmowałby się kreatywną działalnością, nie miałoby najmniejszego sensu... dlatego należy się tego pozbyć już teraz. i resztę rzeczy też zmienić. i być królem cyganów. (a potem położyć się spać, bo jest druga w nocy.)

sobota

patrzcie jaką bestię sobie wyhodowaliśmy!

pirat to dziesięciomiesięczne kocię. będziemy go paśli aż osiągnie rozmiary dorosłego dziczka i będzie nim można dzieci straszyć.

























(alvarez)

dom w kształcie kaczki

nie tak dawno wdałam się w dyskusję z kolegą o reklamach w przestrzeni publicznej. mieszkamy w katowicach, dlatego podpieraliśmy się przykladami stąd. proszę:

sklep na rynku w katowicach, zdjęcie z gazety
pod spodem jest niebieski (eleganza)
















































on zadeklarował się zdecydowanie przeciwko obecności wielkoformatowych reklam w mieście; ja nie miałam i nie mam z nimi żadnego problemu, chociaż wówczas trudno mi było właściwie sformułować, dlaczego, i przez to byłam jakby gotowa sama przed sobą skapitulować, uznać, że tak naprawdę opieram się na intuicji, brak mi argumentów.

ten znajomy twierdzi, że takie działanie z ilustracji powyżej to zaśmiecanie i faktycznie nie sposób przyznać mu racji... z jednej strony taki denerwująco tani pseudo-estetyzm spod znaku bryla.pl albo inicjatyw obywatelskich w stylu 'napraw sobie miasto' w których banda poważnych kretynów w zrywie społecznym protestuje przeciwko malowaniu bloków na kolory majtek i skarpetek albo postuluje sprzątanie kup po psach i w ten sposób kształtują się rzekomo nowoczesne, europejskie społeczności i w ogóle wszystko żeby było takie ładne jak na obrazkach w necie w kopenhadze albo jak w berlinie. a z drugiej, no właśnie, zaśmiecanie, z którym tak ciężko dyskutować... ciężko do momentu, w którym się zacznie zadawać sobie pytania. nie, że głupoty typu: czy kiedykolwiek reklama była nieobecna w przestrzeni miejskiej, ponieważ to do niczego nie prowadzi (wiem, bo próbowałam). ale na przykład: kiedy i dlaczego symbol - reklama, szyld, znak - stał się na tyle ważny, na tyle wielki, że można go było zacząć rozpatrywać nie tylko jako element krajobrazu, ale jako pełnoprawny element architektury, po czym nawet jako jej element nadrzędny.

odpowiedź znalazłam w sumie niespodziewanie w 'learning from las vegas'. ogólnie to kiedyś byliśmy rzymianami i funkcjonowaliśmy w takiej mikro-skali, zdeterminowanej zasięgiem naszych oczu i nóg (to trochę mało fortunne sformułowanie, mam na myśli to, gdzie sięgał wzrok i gdzie poniosły nogi, heh). symbole jako takie i symbolizm architektury, dostępnej zwykłemu przechodniowi, były domeną budynków użyteczności publicznej (targi, place, świątynie). między wtedy a dziś jest ten schemat:
























paul virillio: 'stworzona przez seryjną produkcję samochodów (od 1914 r. w fabrykach forda) możliwość przemieszczania się sama w sobie może stać się (...) rewolucją wystarczającą do zmiany po raz kolejny stylu życia obywateli poprzez przemianę wszystkich ich potrzeb konsumpcyjnych idącą w parze z całkowitym przekształceniem terytorium państwa.' ('prędkość i polityka'; swoją drogą polecam, to książka o motto 'wolałbym nie ocaleć'.)

kiedy zwiększa się prędkość, kompletnej zmianie ulega także samo terytorium. zanika możliwość czytelnej, jasnej ekspozycji funkcji zabudowań, naturalna w tzw. ludzkiej skali. dlatego supermarkety przy autostradach nie mają witryn; na ich froncie usytuowane są za to ogromne parkingi - symbole tej właśnie prędkości i dynamiki. budynki przy autostradzie nie mają szyldów, lecz są szyldami, bez których nie byłyby możliwe do zlokalizowania; nie istniałyby. reklama  jest architekturą.
































no i stąd niedaleko konkluzji, że takie reklamy, jak ta z pierwszego zdjęcia, jawią się jakby bękartami tej dyktatury prędkości. wydaje mi się, że to chyba pokłosie określonego podziału urbanistycznego miasta - modernistycznego rozczłonkowania na określone strefy funkcjonalne, powodującego takie obdarcie z ludzkiej skali. ale w tym przypadku to wszystko jest tak jakoś niedbałe i nieudolne, ponieważ, jak wiadomo, w katowicach po rynku chodzi się pieszo. nie twierdzę, że to mi się 'podoba' albo 'nie podoba'; nie uważam tego za 'ładne' ani 'brzydkie'. pierwsza strona learning from las vegas: 'there is perversity in learning process: we look backward at history and tradition to go forward; we can also look downward to go upward. and withholding judgement may be used as a tool to make later judgement more sensitive. this is a way of learning from everything.'