wtorek

when the sky turns black, why do i feel so blue?

chciałabym, żeby na tym blogu z upływem czasu znalazły się wszystkie rzeczy, które lubię i o których myślę. dlatego postanowiłam dodać wpis o takim jednym filmie, który jest chyba moim najulubieńszym filmem wszechczasów. niby takie to trochę zdezaktualizowane, bo to film z 2006 roku, a ja go widziałam pierwszy raz chyba w 2009 albo na początku 2010. ale od tej pory widziałam go z 20 razy i to jedna z rzeczy, które tak strasznie, strasznie kocham.

ten film to tekkonkinkreet studia 4°C, oparty na komiksie z 1993 roku o tym samym tytule, który po japońsku znaczy żelbet. nie jestem pewna, czy to, co zaraz napiszę wiem z przedmowy do mangi (jurgielewicz resources, przepiękne wydanie, polecam każdemu!), czy sama to sobie wymyśliłam (a nie mogę sprawdzić, bo książkę przetrzymuje moja siostra)... ale film jest cudowny, bo można go czytać co najmniej na trzy sposoby, co sprawia, że się go chce oglądać więcej niż raz i odkrywać w nim coraz nowsze, pominięte lub niezauważone wcześniej, szczegóły.

po pierwsze - zajebista historia. tekkonkinkreet jest o dwójce dzieci, którymi nikt się nie opiekuje i które sieją zamęt w treasure town. co więcej, one rządzą tym treasure town. chęć supremacji pakuje je w niezłe kłopoty, bo miastem rządzić chce też yakuza, policja, inne dziecięce gangi i jeszcze taki dziwny ktoś, przedsiębiorca budujący parki rozrywki. i te dzieci nazywają się koty. zdziczałe koty! ale super. fabuła jest naprawdę pięknie rozpisana i strasznie wciągająca, trochę zabawna, trochę jest błyskotliwych kwestii (-besides, i'm frigid. never even had an orgasm. -hey, i'm the victim here!), a przede wszystkim miasto, treasure town, jest tak pięknie rozrysowane...

to rozrysowanie to własnie ta druga rzecz. wiadomo, nic odkrywczego, że w animowanym filmie stylóweczka rysownika jest szalenie ważna. ale tutaj, mimo tych wszystkich dopracowanych bohaterów, na pierwszy plan wysuwa się miasto samo w sobie. to miasto jest chyba głównym bohaterem bajki. i naprawdę można się na maksa wciągnąć w wyłapywanie smaczków scenografii, a jest tego tyle... treasure town to trochę san fransisco, a trochę pewnie tokio, a trochę jakieś je ne sais quoi, że zacytuję wypowiedź staroświeckiego gangstera suzuki z samego początku filmu.

na koniec trochę takiej lekko naiwnej, ale uroczej symboliki, bo tekkonkinkreet to jakby skończony opis walki dobra ze złem. jest shiro i kuro, czyli biały i czarny, i ktoś trzeci, chociaż wcale nie wiadomo. i cykliczność. i freudowska podświadomość. i coś jeszcze - tak cudownie piękne pokazanie tego, jak bardzo mocno można kogoś bezinteresownie kochać, że ja tam ryczę jak durna za każdym razem, gdy oglądam ten film (chociaż ja ryczę nawet na armageddonie, co ja piszę, mnie wzruszają newsy na gazeta.pl). i w sumie to trudno powiedzieć, co ma na myśli shiro, kiedy odmeldowuje się przez telefon słowami "znów udało mi się utrzymać pokój na planecie ziemi". tzn. właściwie to łatwo, ale po co mam komuś psuć zabawę.

aha, i ścieżka dźwiękowa też jest fajna. dużo fajnych rzeczy tutaj jest w tym filmie. dużo dobroci. poniżej zamieszczam zwiastun. tylko jak będziecie ściągać to z netu, to błagam, bluray rip, dzieciaczki.



hey black, night time is sad. guess it's because the dark makes me think about dying.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz