wtorek

to nie ja, to moje układy samosterujące.

niezależnie od przyjętego punktu widzenia - np. popularnej opozycji "krytycznego" do "projekcyjnego" czytania architektury - jej funkcją jest po prostu kreowanie przestrzeni. jurgielewicz resources:


nie jest to specjalnie odkrywcze; już jakieś gotyckie kościoły, co ja piszę, już jakieś piramidy cheopsa nie były tworzone jedynie z myślą o oddzieleniu wnętrza od podwórza i ewentualnym przyozdobieniu ścian. jednakże rzecz, o której chcę dziś opowiedzieć, przesuwa tę ideę kreacji przestrzeni dalej, niż zwykliśmy to na codzień oglądać i, było, nie było, doznawać.


hormonorium philippe'a rahma z biennale architektury w wenecji w 2002 roku to fascynujący projekt, poprzedzony szczegółowymi badaniami z pogranicza biologii, anatomii, chemii i pewnie czegoś jeszcze... właściwie to tak dalece wykracza poza tradycyjnie pojmowaną domenę architektury, że ciężko sprecyzować, czymże w istocie jest ta eksperymentalna przestrzeń: laboratorium, w którym wszyscy jesteśmy królikami doświadczalnymi? metafizyczym miejscem, odpowiednim do medytacji nad naszymi ludzkimi ograniczeniami? niebezpieczną sztuczką, mogącą stanowić początek naszego ubezwłasnowolnienia? przyszłością architektury? przestrzeni życiowej człowieka w ogóle? hormonorium to bowiem udana (wnioskuję z lektury, bo w 2002 roku myślałam raczej o tym, co dostanę na komunię, i jakoś się nie złożyło żebym się wybrała na biennale) próba utworzenia budynku, wpływającego na przebywające w nim osoby bez pośrednictwa ich świadomości. to zresztą absolutne zaprzeczenie architektury odbieranej intelektualnie, chociażby przez pryzmat przywołanych przeze mnie na samym początku wpisu kryteriów. hormonorium jest przestrzenią akontekstualną, oderwaną i niezależną od zewnętrznych czynników geograficznych, społecznych, kulturowych etc.

sam architekt twierdzi, iż jego podstawowym założeniem było zniwelowanie granic pomiędzy żyjącym i nieżyjącym; hormonorium to pozbawione fizycznych barier między przestrzenią a organizmem kontinuum. architekturę odbieramy tu podprogowo, nieświadomie dając się prowadzić własnej skórze, oddechowi i pozbawionemu punktów odniesienia, a jednak stymulowanemu nasileniem światła, wzrokowi. projekt rahma stanowi więc jakby zaprzeczenie wolnej woli; zaprogramowany został tak, aby sterowały nami sygnały, odbierane bezpośrednio przez nasz system nerwowy i stymulujące go do konkretnych odczuć, a nawet zachowań.

zatem jakie faktory, w jaki sposób i do czego mogą stymulować nasze organizmy? rahm definiuje je jako de facto czynniki klimatyczne: są to światło, temperatura, wilgotność, powietrze. odpowiednio zaprogramowany system hormonorium generuje przestrzeń, odbieraną przez nasz układ autonomiczny - neurowegetatywny system nerwowy (odpowiedzialny za nieświadome reakcje na zewnętrzne i wewnętrzne bodźce, np. za to, że stres powoduje pocenie się rąk - wiem od siostry, studentki medycyny).

podłoga hormonorium, wyłożona 528 panelami fluorescencyjnych przewodów, emituje silne białe światło (jego natężenie to 5000-10000 luksów) o spektrum podobnym do słonecznego z promieniowaniem UV-A i UV-B. jednakże ta wertykalna inwersja źródła światła powoduje specyficzną iluminację, podobną do tej, której doświadczamy w słoneczny zimowy dzień, kiedy powieki, tak jak tutaj, nie chronią naszych oczu przed promieniowaniem. jak dowodzi rahm, odbiór promieniowania przez siatkówkę oka wpływa na zmniejszenie wydzielania melatoniny w szyszynce, co wpływa na nieodczuwanie zmęczenia i regulację nastroju, a nawet, w efekcie, na wzrost libido.

w hormonorium panuje "alpejski" klimat, to jest jakość powietrza wewnątrz pawilonu odpowiada tej charakterystycznej dla sfer wysokogórskich (3000m n.p.m.): zachodzi tu podwyższenie stężenia azotu w powietrzu i związane z tym obniżenie się ilości tlenu. organizm doświadcza lekkiego niedotlenienia, mogącego powodować zarówno dezorientację, jak i (dzięki nadprodukcji endorfin) uczucie euforii. zwiększa się także produkcja erytropoetyny w nerkach i rośnie wskaźnik hematokrytowy, co przejawia się w podwyższeniu wydolności organizmu nawet o 10%.

nie sposób uniknąć wniosku, że, niezależnie od przyjętych kryteriów oceny, wartość tego projektu jest trudna do przecenienia. w zasadzie dziś, po niemal 10 latach od wystawienia pawilonu rahma na biennale w wenecji, można powiedzieć, że jego założenia przeniknęły do życia codziennego. prawdopodobnie zresztą nie można nakreślić tu związku przyczynowo-skutkowego; hormonorium to raczej przejaw pewnej tendencji. dość jednak powiedzieć, że moja mama regularnie torturuje się na fitnessie na urządzeniu o nazwie body space, które wpływa na jakość ćwiczeń dzięki generowaniu swoistego "mikroklimatu", zaprogramowanego tak, aby jak najefektywniej stymulować organizm do wysiłku i osiągnąć w miarę szybkie i trwałe rezultaty. podobnież czytałam gdzieś w internecie, że jakiś czas temu któryś z zawodników nba zapoczątkował modę na wzbogacanie inteligentnych domów o funkcję generowania wysokogórskiego mikroklimatu - głównie chodziło chyba o zawartość tlenu w powietrzu - aby nawet w czasie wolnym od treningów poddawać swój organizm wydolnościowym ćwiczeniom. jedyne, co mogłabym zarzucić rahmowi, albo może zasugerować jego następcom, to położenie większego nacisku na czysto projektową stronę budowli - hormonorium otwiera bowiem przed architektem niewypowiedziane możliwości kształtowania przestrzeni i reżyserowania zachowań jej użytkowników przy pomocy tych nieuświadomych reakcji naszego układu autonomicznego.

środa

wywiad z edwinem bendykiem

polecam bardzo ładny wywiad z edwinem bendykiem - 'algorytm na materię'. uzupełniłam też linki po lewej stronie o wymienione w wywiadzie software studies, którą to stronę dopiero zaczęłam czytać, ale która już wydaje mi się bardzo interesująca.

wtorek

pyszne lato

jest gorąco i przez to nie potrafię wykrzesać z siebie ani odrobiny polotu. chciałabym jednak polecić na blogu coś pysznego - cudowny deser z czereśni z przepisu jamie olivera z książki '30 minut w kuchni'. michał przygotował go dzisiaj dla mnie i gwarantuję każdemu, że to jest po prostu takie wspaniałe!!! nie mam słów. przygotowuje się go łatwo i szybko - krócej niż pięć minut; składniki też są łatwo dostępne i raczej tanie.

przepis jamiego:

2 duże garści lodu
300 g czereśni
125 g serka mascarpone
50 ml mleka
1 czubata łyżka cukru pudru (lepiej dać mniej)
1 klementynka (michał użył pomarańczy)
1 łyżeczka pasty lub ekstraktu z wanilii
kilka palmierów lub innych ładnych ciastek (można pominąć)

do dużej miski wlej trochę zimnej wody. dodaj lód i czereśnie. do innej miski nałóż mascarpone, dodaj mleko i cukier puder. wymieszaj. dodaj drobno otartą skórkę z klementynki i pastę lub ekstrakt z wanilii. dobrze wymieszaj krem i nałóż do salaterek, na wierzch połóż rozgniecione zimne czereśnie i podaj razem z ciasteczkami do zamaczania.

od siebie dodam tylko, że te ilości składników można chyba traktować luźno - najważniejsze, aby krem miał gęstą, zwartą konsystencję. i mogę jeszcze powiedzieć, że wręcz apeluję do każdego, żeby zrobił ten deser, bo jest taki prosty, a to najpyszniejsza rzecz, jaką od dawna jadłam! aż się michał wyśmiewał z mojej zachwyconej miny. poniżej zamieszczam zdjęcie z książki jamiego, ponieważ sama nie umiem robić ładnych zdjęć potraw, a zresztą to nie mój przepis (bo nie jestem taka super jak domi) tylko niemodyfikowany przepis jamiego, więc nich już będzie i jego własne zdjęcie.

poniedziałek

suplement do poprzedniego wpisu

UWAGA! jeśli już ktoś kliknął, to niech to zrobi jeszcze raz, bo wkleiłam przez pomyłkę link do kulinarnego bloga i zbyt wiele sensu to nie miało... link został poprawiony: japan to create world's first backup city.

czwartek

thom mayne x anno hideaki

jestem ciekawa, czy blog dorobił się już grona wiernych czytelników i fanów, bo fajnie by było, jakby ktoś z was mnie bardzo polubił i np. z czystej sympatii chciałby nam kupić "combinatory urbanism" (już mam!). wiecie, przeczytałam dziś za namową jurgielewicza darmowy fragment i jestem przekonana, że to coś super. jednakże okazuje się, że wysyłka do polski to jakiś problem, a w księgarni niby mogą to sprowadzić, ale za milion złotych, dlatego zmuszona jestem zapytać, czy są tu jacyś zamożni fani. kurczę, bo podobno tak jest, że bloggerki dostają darmowe rzeczy...

po kliknięciu w drugi link możecie zapoznać się z propozycją odbudowy nowego orleanu, przedstawioną przez thoma mayne'a i jego zespół z biura architektonicznego morphosis. znajdziecie tam między innymi analizę lokalizacji miasta i pomysł na rozwiązanie problematycznych kwestii, jakie niesie ona z sobą. podejście morphosis do współczesnej urbanistyki, przejawiające w tym projekcie, strasznie mi się podoba - nie chodzi mi nawet o ich propozycję, lecz o samo podjęcie tej tematyki. odbudowa to przecież materia znacznie bardziej złożona, niż pozbawiona historycznego i kulturowego balastu, ograniczana głównie przez stadium technologicznego zaawansowania, finanse oraz położenie geograficzne kreacja nowego miasta. odbudowa i przystosowanie: czyż nie jest to jedyna szansa na obserwowanie procesu ewolucji w jego czasie rzeczywistym?

manuel de landa mówi o mieście jako egzoszkielecie, zewnętrznej strukturze, wytworzonej w celu usystematyzowania przepływu mas ludzkich, analogicznie do endoszkieletu, który wykształcił się, aby utrzymywać nasze luźne tkanki. nie jesteśmy zdolni do bezpośredniego (naocznego) obserwowania ewolucyjnych zmian, zachodzących w naszych ciałach, gdyż to proces rozgrywający się na przestrzeni wielu pokoleń. dzięki błyskotliwości i wiedzy niektórych ludzi możemy jednak patrzeć, jak ulepszają się (lub, częściej, jak mogłyby być ulepszane) struktury, ogarniające nas w szerszym ujęciu. myślę, że tak właśnie należy czytać projekt mayne'a. zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest uniwersalna teoria i w wielu przypadkach (np. tutaj: port au prince) wygląda raczej na pobożne życzenie, ale w tym momencie chodzi mi raczej o awangardę prędkości i rozwoju, aniżeli o rzeczy, pozostawione same sobie (chociaż to temat równie inspirujący).

sądzę, że świetną ilustracją do wszystkiego, co tutaj napisałam, będzie wizja tokyo-3 z serialu "neon genesis evangelion". nawiasem mówiąc, ten serial jest kurwa metafizyczny i zmieni wasze życie (jeżeli jesteście licealistami)... ale o tym może innym razem. ta odbudowa nie jest zwyczajna, bo stolica japonii zostaje wzniesiona w innych miejscach jako dwa osobne miasta. tokyo-2 i tokyo-3 to metropolie, powstałe po tym, jak w 2000 roku tokio zostało zniszczone w wybuchu nuklearnym, który pochłonął pół miliona istnień i na długie lata skaził terytorium, na którym znajdowało się miasto. tokyo-2 jest nudne; to obecna stolica japonii z siedzibami rządu itp. tokyo-3 natomiast to miasto-poligon. wszechobecne są tu zamontowane na stałe nowoczesne działa i różne rodzaje automatycznej broni. wieżowce zostały ulepszone; obecnie to kompleksowe mechanizmy, które w wypadku niebezpieczeństwa uruchamiają się i zapadają wgłąb ziemi, co pozwala je chronić przed zniszczeniem. pod metropolią usytuowana jest kwatera główna nerv - organizacji, której zadaniem jest, przynajmniej oficjalnie, ochrona bezpieczeństwa ziemi; dlatego też na terenie bezpośrednio pod miastem wiele kilometrów poprzecinane jest tunelami i wzmocnione kilkunastoma zbrojonymi barierami, utrudniającymi dotarcie do tej bazy. co najważniejsze jednak - kompleksowa struktura miasta-poligonu tokyo-3 podporządkowana jest wymaganiom głównego projektu nerv, jedynej nadziei dla ziemi - evangelionów. to gigantyczne, mechanoidalne, biotechnologiczne twory, sterowane przez człowieka i stworzone do walki z obcą cywilizacją. jej przedstawiciele, anioły, to mega zaawansowane organizmy, które ściągane są w to właśnie miejsce na ziemi dzięki technologii, zastosowanej przy budowie tokyo-3.

tak... jeśliby istotnie rozpatrywać takie rzeczy w świetle darwinowskiej teorii, jak zaproponowałam powyżej, to zdecydowanie wizerunek tokyo-3 krzyczy: it's survival of the fittest, and we've got the fucking gun.

trud wychowania

co prawda został mi jeszcze tydzień, ale już dziś chciałabym tu zamieścić wszystko, co co mam do powiedzenia ogółowi starych (i młodych) dziadów uniwersyteckich:


so long and thanks for all the fish.

wtorek

w nocy znowu mam atak, że to nie ja wymyśliłem facebooka

chciałam tu napisać tak na marginesie, że skończyłam w końcu "sailora". oczywiście wystosowałam maila ze strony 269, bo jestem łobuzem (co się daje nabrać na wszystkie żarty pieprzonych artystów plastyków). ale w ogóle zaskakujące, jak fabuły moich lektur się zbiegają i na moment pokrywają ze sobą, aby zaraz kompletnie się rozejść. ale abstrahując już od książki i w ogóle od wszystkiego - czy wy sobie zdajecie sprawę z tego, jaki to jest atrakcyjny człowiek?! poniżej zamieszczam zdjęcie, które znalazłam w internecie. nie, żeby to cokolwiek wnosiło, ale to w końcu też trochę dziewczęcy blog o niczym.



tutaj jeszcze bardzo fajny wywiad. "naukowość nie wyklucza poezji, naukowość tylko podnosi to wszystko na wyższy poziom."

norman - jeśli kiedyś tutaj trafisz z google to pozdro.

niedziela

czego nie rozumiem

ogólnie to może się wydawać trochę dziwne, ale żywię dużą niechęć do wypowiadania się na temat książek - choć lubię opowiadać o tym, co ciekawego gdzieś przeczytałam, to już takie wartościujące podejście i zagłębianie się w jakieś dyskursy jest dla mnie bardzo niekomfortowe. ale skoro już cośtam nagadałam sympatycznego w poprzednim poście, to chciałabym wykorzystać okazję, że złapałam taki, nazwijmy to, flow myślowy i dodać tu kilka spostrzeżeń o paru zjawiskach, które mnie dziwią. generalnie będzie to chyba sam hejt.

po pierwsze - nigdy nie przestanie mnie dziwić atencja, z jaką traktuje się przeciętnych w moim odczuciu pisarzy. a takim jest dla mnie - zdaję sobie sprawę z tego, że to kontrowersyjny pogląd, no ale - william faulkner. przecież on tak bardzo nic nie wnosi! no naprawdę. jeśli chodzi o zmysł fabularny i kompozycyjny to nawet taki kompletnie neutralny dla mnie pisarz jak ernest hemingway (przeczytałam przed chwilą w wikipedii, że to podobno był jego "długoletni rywal" - nie wiem, pierwsze słyszę, ale na potrzeby tego wpisu to dobre zestawienie) dużo lepiej operuje w zakresie, który mam wrażenie oboje zgłębiają (aktywność vs pasywność? nie wiem za bardzo jak to sprecyzować). a język faulknera... dla mnie jest po prostu brzydki i siermiężny; stawianie go w jednym rzędzie np. z virginią woolf to musi być chyba jakiś żart. no zresztą, tak jak napisałam, w ogóle postrzeganie faulknera inaczej niż jako pisarza nieciekawego i drugorzędnego, którym jest w istocie, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. czasami się zastanawiam - czy my naprawde myślimy o tym samym człowieku? a może ja po prostu przez pomyłkę przeczytałam jakieś inne książki, niż ludzie, którzy się nim zachwycają i stąd całe nieporozumienie? bo ciężko mi to zjawisko uzasadnić jedynie różnicą priorytetów. nabokov oczywiście najlepiej wyraża to, co czuję, jak na to wszystko patrzę - jest to dla mnie jakimś absurdalnym urojeniem, jakby ktoś zahipnotyzowany usiłował się kochać z krzesłem.

podobnie rzecz się ma w moim odczuciu z powszechnie cenionym tomaszem mannem. nie czytałam go za dużo i przyznaję, że jedynie w polskim tłumaczeniu, ale nie pojmuję, co niby w nim jest takiego wspaniałego. że człowiek potrafi poprawnie sklecić zdanie? różnica pomiędzy pisarstwem manna a serio dobrą literaturą jest taka, jak różnica pomiędzy słowem правда a истина. to są książki kompletnie przezroczyste, powiedziałabym wręcz, że mieszczańskie, czego normalnie nie mogę ścierpieć, ale tutaj tylko ziewam...

strasznie dużo jest takich pisarzy, nie wiem, czy podołam napisaniu tu czegoś więcej, bo jednak taki hejt jest męczący i destrukcyjny nie powinno się zaprzątać sobie tymi rzeczami głowy. no ale np. taki dostojewski - kurczę, ciepło o nim myślę, wiadomo, że wrażliwość wielokrotnie przewyższająca średnią, zachwycające kompleksowością charaktery, no ale jednak z literackiego punktu widzenia to żadna doskonałość... raczej kompletny overhype. albo - ale nie, nie chce mi się już. dopiszę jeszcze tylko poniżej dwie błyskotliwe cudze obserwacje, z którymi się zgadzam i do których nie mam właściwie nic do dodania.

celem krytyki (imo jako takiej, a nie tylko literackiej) jest powiedzenie czegokolwiek o książce, którą krytyk czytał albo której nie czytał. krytyka bywa pouczająca w tym sensie, że dostarcza swym czytelnikom, w tej liczbie również i autorowi książki, informacji na temat inteligencji krytyka lub jego uczciwości, a czasami obojga. (nabokov, "strong opinions", za lnś)

patrząc zimnym okiem naukowca: [teatr] to absolutnie drętwa, pretensjonalna, ślepa i hamująca rozwój kultury forma ekspresji, nikt nie zna się tu na matematyce i czystości kompozycji, skomplikowany kloc, setki tautologi, mnożenie bytów, historie rozciągnięte na długie godziny egzaltowanych cytatów, bałagan pojęciowy, notoryczne mylenie serca i duszy z ośrodkiem limbicznym. dodatkowo wszystko umoczone w sepiowym błocie egzaltacji środowisk aktorskich, żaden z nich nie ma pojęcia choćby o podstawach drugiego prawa termodynamiki, że o całkowaniu nie wspomnę, a ta wiedza, wbrew pozorom, pomogłaby im w graniu, tak sądzę. unikajcie teatrów (...), mącą precyzję spojrzenia. (norman leto, "sailor"; nie mogę rozgryźć człowieka, trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu ironiczne są prezentowane w "sailorze" poglądy, ale akurat w tym przypadku to bez znaczenia, bo nawet jeśli on tak nie myśli, to ja tak.)

sobota

my lad, my pretty, my love, take pity.*

to post pokrewny mojemu licencjatowi z filologii rosyjskiej, który piszę o pewnym amerykańskim pisarzu, urodzonym w rosji i wychowanym w anglii, gdzie studiował literaturę francuską, po czym spędził piętnaście lat w niemczech. pisarz ten wybrał amerykę, gdzie pogrążył się w jej ogromnych bibliotekach i w jej wielkim kanionie, pracował na uniwersytetach, w laboratoriach i muzeach zoologicznych, w końcu stał się gruby jak cortez, jego waga ze zwykłych 70 wzrosła do monumentalnych i radosnych 100 kilo (monumentalnych i radosnych!). jest to oczywiście vladimir nabokov i jeśli tego nie odgadliście, zanim wymieniłam jego nazwisko, to ucieszyłabym się, jakbyście się nim zainteresowali, bo ta postać może wnieść ogromnie dużo szczęścia i przyjemności do życia każdego czytelnika (nie tylko anglo- czy rosyjskojęzycznego, polskie przekłady, zwłaszcza te autorstwa leszka engelkinga, są naprawdę cudowne).

intertekstualność - kiedy zaczynałam myśleć o "adzie", nie powiedziałabym za nic, że użycie tego filtra wyprowadzi mnie na takie manowce. poczytałam markiewicza i niby "dialogowość" to taki przyjemny klucz, dzięki któremu można będzie zagrzebać się w miłych książkach i wszystko jakoś samo się urodzi. tylko nie wiem, co ja sobie właściwie myślałam: że będzie fajnie zrobić katalog językowych i fabularnych zapożyczeń? czy że sobie popiszę, co to za cytat i czemu służy? bo na pewno nie zastanowiłam się nad tym, czemu służyć miałby taki spis. i jeszcze ta cała literatura przedmiotu, którą sobie uciułałam (np. bloom: cytat vs inter-cytat, lektura vs inter-lektura - spoko tylko po co... albo jakiś culler: złudność referencyjności literatury wobec świata - wtf koleś, serio, dobrze wiedzieć; albo np. takie kwiatki jak "ada as science fiction" - całą masę tego nachomikowałam); wszystko to kompletnie oderwało mnie od tego, o czym myślałam. bo myślałam, jak każdy, kto się interesuje światem i zbiera w głowie różne, pozornie niepowiązane rzeczy, takimi nabokovowskimi fiszkami. czyli miałam w głowie kamyczki i generalnie zamiast je gładzić to zasypałam je piachem. miał być marmur, a jest cement. fajnie.

w każdym razie z pomocą zawsze przychodzi skupienie się na lekturze. kiedy wykorzystałam już wszystkie związane z tematem błyskotki, jakich niemało trafia się przy zgłębianiu ogółu działalności tego czarującego człowieka (że też nie szkoda mi było czasu na prezentowanie erotycznych kąsków, powydłubywanych z "ady" i "lolity": to trochę tak, jakby ktoś szukał aluzji do zwierząt morskich w "moby dicku") i nadal nic sensownego się nie wydarzyło, zmuszona byłam jednak sięgnąć po jakąś książkę. wybrałam niedoczytane do dziś "lectures on russian literature". strasznie zdziczałam; właściwie nie mogę powiedzieć, abym sięgnęła po to w jakimkolwiek celu innym niż wyrwanie przypadkowych strzępów, których możnaby się uczepić i jakoś to moje nudziarstwo pociągnąć dalej. ale to przecież mój ulubiony nabokov. przeczytałam i mam z powrotem swoje fiszki. niestety łączy się to nierozerwalnie z posiadaniem dwudziestu stron mozolnie wygładzanego rosyjskiego tekstu, opartego na samych absurdalnych założeniach i nadającego się tylko do śmieci. dalej "fajnie". napiszę zatem, co mnie otrzeźwiło.

w wykładzie na temat "anny kareniny" nabokov (albo nabakov, albo nabkov, albo naboukov, zależnie od uzdolnień językowych mówiącego) zwraca uwagę na fascynującą właściwość prozy tołstoja - naturalny, przezroczysty rytm czasu. na pierwszy rzut oka to nic dziwnego, bo i narrator u tołstoja jest daleki i przezroczysty jak pan bóg w niebiosach (jak np. u flauberta i oczywiście kompletnie inaczej, niż u nabokova, gdzie szalenie ważna jest nie tylko narracja, ale przede wszystkim kompozycja; nawet sam proces twórczy, albo raczej quasi-proces twórczy, wpleciony zostaje w utwór i tam świeci jako pełnoprawny element świata przedstawionego). tylko, że, kiedy się przyjrzeć, nabokov prawdopodobnie naprawdę uchwycił tę cechę prozy tołstoja, która powoduje, że jest ona tak wspaniała, tak ulubiona przez czytelników. nie wyjątkowy realizm bohaterów i postaci i nie kunsztowne tysiące historycznych szczegółów czy psychologicznych niuansów tak nas do tołstoja przywiązują, lecz takie doskonałe wyważenie upływu czasu w świecie przedstawionym, które idealnie koresponduje z naszym realnym poczuciem chwili. dzięki temu rytmowi czytelnik (mogłabym pewnie powiedzieć "uważny czytelnik", ale to taki przykry pleonazm) może przyłożyć realia wizji tołstoja do swojej własnej rzeczywistości i mimo oczywistych różnic odebrać je jako coś bliskiego. tolstoy's prose keeps pace with our pulses, his characters seem to move with the same swing as the people passing under our window while we sit reading our book.

no bingo, przecież mnie zawsze chodziło o czas! czas jest najlepszy w adzie. cała reszta to mozaika piękności, tylko że kompozycyjnie to wszystko spaja czas - czasy - a reszta środków jest temu podporządkowana. trzeba sprawdzić, z czego on to skomponował i zrobić to uważnie. napisanie kolejnych 20 stron żeby ją dla odmiany umościć np. pomiędzy proustem a joycem to byłaby nowa słabość (ciągle muszę się z takimi zmagać, bo jestem głupiutka) i to wcale nie dlatego, że epatowanie joycem i proustem jest jakieś słabe (takie jest tylko ogłaszanie w towarzystwie, że się ich akurat czyta) (chyba że jest się siedemnastką, wtedy można. w obu przypadkach.), tylko po prostu to znowu byłoby totalnie niepełne. bo np. już pierwsza część - jeśli nie jest bardzo tołstojowska (przez czas, upływ czasu, a nie fabułę, nad którą tyle myślałam), to już nie wiem, jaka... i jest jeszcze ta "faktura czasu" w środku (nawet nie pamiętam czy bardziej złośliwa, czy czysta), którą pewnie teraz muszę znaleźć i pokreślić. i jest też "logika sensu" deleuze, gdzie było coś o paradoksach czasu w "alicji w krainie czarów", co pewnie też jest ważne. fiszki. (jeśli ktoś z czytelników bloga ma więcej pomysłów, przyjmę je z wdzięcznością.)

ale w ogóle: pomyśleć, że pierdolone pół roku poświęciłam na rozkminy typu "czy doktor krolik to hugh hefner"... wystarczy. teraz ja, van veen, pozdrawiam was - życie, ado veen, drze lagosse, stiepanie nutkinie, violet knox, ronaldzie orangerze i się z wami żegnam, bo już nie będę was dłużej szpiegować.

a poza tym jest jeszcze to. i to. i osobiście uważam, że to w ogóle dużo bardziej fascynujące rzeczy, niż nawet najpiękniejsze książki.

*vs be kind, have pity, my own, my pretty. cytaty (wyróżnione kursywą) mogłam trochę pozmieniać albo dla efektu, albo z powodu słabej pamięci. wszystkie to słowa nabokova (w tej liczbie również i vana), poza tym tutaj, który pochodzi z wiersza v ("oh see how thick the goldcup flowers...") alfreda edwarda housmana i którego trawestacją jest tytuł wpisu.

piątek

polaroidy tarkowskiego

normalnie nie jaram się fotografią, ale to jest coś specjalnego: album, w którym zebrano 60 polaroidów andrieja tarkowskiego z rosji i włoch. zdjęcia zrobił między 1979 a 1984 rokiem. i jest to czyste piękno: