niedziela

czego nie rozumiem

ogólnie to może się wydawać trochę dziwne, ale żywię dużą niechęć do wypowiadania się na temat książek - choć lubię opowiadać o tym, co ciekawego gdzieś przeczytałam, to już takie wartościujące podejście i zagłębianie się w jakieś dyskursy jest dla mnie bardzo niekomfortowe. ale skoro już cośtam nagadałam sympatycznego w poprzednim poście, to chciałabym wykorzystać okazję, że złapałam taki, nazwijmy to, flow myślowy i dodać tu kilka spostrzeżeń o paru zjawiskach, które mnie dziwią. generalnie będzie to chyba sam hejt.

po pierwsze - nigdy nie przestanie mnie dziwić atencja, z jaką traktuje się przeciętnych w moim odczuciu pisarzy. a takim jest dla mnie - zdaję sobie sprawę z tego, że to kontrowersyjny pogląd, no ale - william faulkner. przecież on tak bardzo nic nie wnosi! no naprawdę. jeśli chodzi o zmysł fabularny i kompozycyjny to nawet taki kompletnie neutralny dla mnie pisarz jak ernest hemingway (przeczytałam przed chwilą w wikipedii, że to podobno był jego "długoletni rywal" - nie wiem, pierwsze słyszę, ale na potrzeby tego wpisu to dobre zestawienie) dużo lepiej operuje w zakresie, który mam wrażenie oboje zgłębiają (aktywność vs pasywność? nie wiem za bardzo jak to sprecyzować). a język faulknera... dla mnie jest po prostu brzydki i siermiężny; stawianie go w jednym rzędzie np. z virginią woolf to musi być chyba jakiś żart. no zresztą, tak jak napisałam, w ogóle postrzeganie faulknera inaczej niż jako pisarza nieciekawego i drugorzędnego, którym jest w istocie, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. czasami się zastanawiam - czy my naprawde myślimy o tym samym człowieku? a może ja po prostu przez pomyłkę przeczytałam jakieś inne książki, niż ludzie, którzy się nim zachwycają i stąd całe nieporozumienie? bo ciężko mi to zjawisko uzasadnić jedynie różnicą priorytetów. nabokov oczywiście najlepiej wyraża to, co czuję, jak na to wszystko patrzę - jest to dla mnie jakimś absurdalnym urojeniem, jakby ktoś zahipnotyzowany usiłował się kochać z krzesłem.

podobnie rzecz się ma w moim odczuciu z powszechnie cenionym tomaszem mannem. nie czytałam go za dużo i przyznaję, że jedynie w polskim tłumaczeniu, ale nie pojmuję, co niby w nim jest takiego wspaniałego. że człowiek potrafi poprawnie sklecić zdanie? różnica pomiędzy pisarstwem manna a serio dobrą literaturą jest taka, jak różnica pomiędzy słowem правда a истина. to są książki kompletnie przezroczyste, powiedziałabym wręcz, że mieszczańskie, czego normalnie nie mogę ścierpieć, ale tutaj tylko ziewam...

strasznie dużo jest takich pisarzy, nie wiem, czy podołam napisaniu tu czegoś więcej, bo jednak taki hejt jest męczący i destrukcyjny nie powinno się zaprzątać sobie tymi rzeczami głowy. no ale np. taki dostojewski - kurczę, ciepło o nim myślę, wiadomo, że wrażliwość wielokrotnie przewyższająca średnią, zachwycające kompleksowością charaktery, no ale jednak z literackiego punktu widzenia to żadna doskonałość... raczej kompletny overhype. albo - ale nie, nie chce mi się już. dopiszę jeszcze tylko poniżej dwie błyskotliwe cudze obserwacje, z którymi się zgadzam i do których nie mam właściwie nic do dodania.

celem krytyki (imo jako takiej, a nie tylko literackiej) jest powiedzenie czegokolwiek o książce, którą krytyk czytał albo której nie czytał. krytyka bywa pouczająca w tym sensie, że dostarcza swym czytelnikom, w tej liczbie również i autorowi książki, informacji na temat inteligencji krytyka lub jego uczciwości, a czasami obojga. (nabokov, "strong opinions", za lnś)

patrząc zimnym okiem naukowca: [teatr] to absolutnie drętwa, pretensjonalna, ślepa i hamująca rozwój kultury forma ekspresji, nikt nie zna się tu na matematyce i czystości kompozycji, skomplikowany kloc, setki tautologi, mnożenie bytów, historie rozciągnięte na długie godziny egzaltowanych cytatów, bałagan pojęciowy, notoryczne mylenie serca i duszy z ośrodkiem limbicznym. dodatkowo wszystko umoczone w sepiowym błocie egzaltacji środowisk aktorskich, żaden z nich nie ma pojęcia choćby o podstawach drugiego prawa termodynamiki, że o całkowaniu nie wspomnę, a ta wiedza, wbrew pozorom, pomogłaby im w graniu, tak sądzę. unikajcie teatrów (...), mącą precyzję spojrzenia. (norman leto, "sailor"; nie mogę rozgryźć człowieka, trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu ironiczne są prezentowane w "sailorze" poglądy, ale akurat w tym przypadku to bez znaczenia, bo nawet jeśli on tak nie myśli, to ja tak.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz