sobota

my lad, my pretty, my love, take pity.*

to post pokrewny mojemu licencjatowi z filologii rosyjskiej, który piszę o pewnym amerykańskim pisarzu, urodzonym w rosji i wychowanym w anglii, gdzie studiował literaturę francuską, po czym spędził piętnaście lat w niemczech. pisarz ten wybrał amerykę, gdzie pogrążył się w jej ogromnych bibliotekach i w jej wielkim kanionie, pracował na uniwersytetach, w laboratoriach i muzeach zoologicznych, w końcu stał się gruby jak cortez, jego waga ze zwykłych 70 wzrosła do monumentalnych i radosnych 100 kilo (monumentalnych i radosnych!). jest to oczywiście vladimir nabokov i jeśli tego nie odgadliście, zanim wymieniłam jego nazwisko, to ucieszyłabym się, jakbyście się nim zainteresowali, bo ta postać może wnieść ogromnie dużo szczęścia i przyjemności do życia każdego czytelnika (nie tylko anglo- czy rosyjskojęzycznego, polskie przekłady, zwłaszcza te autorstwa leszka engelkinga, są naprawdę cudowne).

intertekstualność - kiedy zaczynałam myśleć o "adzie", nie powiedziałabym za nic, że użycie tego filtra wyprowadzi mnie na takie manowce. poczytałam markiewicza i niby "dialogowość" to taki przyjemny klucz, dzięki któremu można będzie zagrzebać się w miłych książkach i wszystko jakoś samo się urodzi. tylko nie wiem, co ja sobie właściwie myślałam: że będzie fajnie zrobić katalog językowych i fabularnych zapożyczeń? czy że sobie popiszę, co to za cytat i czemu służy? bo na pewno nie zastanowiłam się nad tym, czemu służyć miałby taki spis. i jeszcze ta cała literatura przedmiotu, którą sobie uciułałam (np. bloom: cytat vs inter-cytat, lektura vs inter-lektura - spoko tylko po co... albo jakiś culler: złudność referencyjności literatury wobec świata - wtf koleś, serio, dobrze wiedzieć; albo np. takie kwiatki jak "ada as science fiction" - całą masę tego nachomikowałam); wszystko to kompletnie oderwało mnie od tego, o czym myślałam. bo myślałam, jak każdy, kto się interesuje światem i zbiera w głowie różne, pozornie niepowiązane rzeczy, takimi nabokovowskimi fiszkami. czyli miałam w głowie kamyczki i generalnie zamiast je gładzić to zasypałam je piachem. miał być marmur, a jest cement. fajnie.

w każdym razie z pomocą zawsze przychodzi skupienie się na lekturze. kiedy wykorzystałam już wszystkie związane z tematem błyskotki, jakich niemało trafia się przy zgłębianiu ogółu działalności tego czarującego człowieka (że też nie szkoda mi było czasu na prezentowanie erotycznych kąsków, powydłubywanych z "ady" i "lolity": to trochę tak, jakby ktoś szukał aluzji do zwierząt morskich w "moby dicku") i nadal nic sensownego się nie wydarzyło, zmuszona byłam jednak sięgnąć po jakąś książkę. wybrałam niedoczytane do dziś "lectures on russian literature". strasznie zdziczałam; właściwie nie mogę powiedzieć, abym sięgnęła po to w jakimkolwiek celu innym niż wyrwanie przypadkowych strzępów, których możnaby się uczepić i jakoś to moje nudziarstwo pociągnąć dalej. ale to przecież mój ulubiony nabokov. przeczytałam i mam z powrotem swoje fiszki. niestety łączy się to nierozerwalnie z posiadaniem dwudziestu stron mozolnie wygładzanego rosyjskiego tekstu, opartego na samych absurdalnych założeniach i nadającego się tylko do śmieci. dalej "fajnie". napiszę zatem, co mnie otrzeźwiło.

w wykładzie na temat "anny kareniny" nabokov (albo nabakov, albo nabkov, albo naboukov, zależnie od uzdolnień językowych mówiącego) zwraca uwagę na fascynującą właściwość prozy tołstoja - naturalny, przezroczysty rytm czasu. na pierwszy rzut oka to nic dziwnego, bo i narrator u tołstoja jest daleki i przezroczysty jak pan bóg w niebiosach (jak np. u flauberta i oczywiście kompletnie inaczej, niż u nabokova, gdzie szalenie ważna jest nie tylko narracja, ale przede wszystkim kompozycja; nawet sam proces twórczy, albo raczej quasi-proces twórczy, wpleciony zostaje w utwór i tam świeci jako pełnoprawny element świata przedstawionego). tylko, że, kiedy się przyjrzeć, nabokov prawdopodobnie naprawdę uchwycił tę cechę prozy tołstoja, która powoduje, że jest ona tak wspaniała, tak ulubiona przez czytelników. nie wyjątkowy realizm bohaterów i postaci i nie kunsztowne tysiące historycznych szczegółów czy psychologicznych niuansów tak nas do tołstoja przywiązują, lecz takie doskonałe wyważenie upływu czasu w świecie przedstawionym, które idealnie koresponduje z naszym realnym poczuciem chwili. dzięki temu rytmowi czytelnik (mogłabym pewnie powiedzieć "uważny czytelnik", ale to taki przykry pleonazm) może przyłożyć realia wizji tołstoja do swojej własnej rzeczywistości i mimo oczywistych różnic odebrać je jako coś bliskiego. tolstoy's prose keeps pace with our pulses, his characters seem to move with the same swing as the people passing under our window while we sit reading our book.

no bingo, przecież mnie zawsze chodziło o czas! czas jest najlepszy w adzie. cała reszta to mozaika piękności, tylko że kompozycyjnie to wszystko spaja czas - czasy - a reszta środków jest temu podporządkowana. trzeba sprawdzić, z czego on to skomponował i zrobić to uważnie. napisanie kolejnych 20 stron żeby ją dla odmiany umościć np. pomiędzy proustem a joycem to byłaby nowa słabość (ciągle muszę się z takimi zmagać, bo jestem głupiutka) i to wcale nie dlatego, że epatowanie joycem i proustem jest jakieś słabe (takie jest tylko ogłaszanie w towarzystwie, że się ich akurat czyta) (chyba że jest się siedemnastką, wtedy można. w obu przypadkach.), tylko po prostu to znowu byłoby totalnie niepełne. bo np. już pierwsza część - jeśli nie jest bardzo tołstojowska (przez czas, upływ czasu, a nie fabułę, nad którą tyle myślałam), to już nie wiem, jaka... i jest jeszcze ta "faktura czasu" w środku (nawet nie pamiętam czy bardziej złośliwa, czy czysta), którą pewnie teraz muszę znaleźć i pokreślić. i jest też "logika sensu" deleuze, gdzie było coś o paradoksach czasu w "alicji w krainie czarów", co pewnie też jest ważne. fiszki. (jeśli ktoś z czytelników bloga ma więcej pomysłów, przyjmę je z wdzięcznością.)

ale w ogóle: pomyśleć, że pierdolone pół roku poświęciłam na rozkminy typu "czy doktor krolik to hugh hefner"... wystarczy. teraz ja, van veen, pozdrawiam was - życie, ado veen, drze lagosse, stiepanie nutkinie, violet knox, ronaldzie orangerze i się z wami żegnam, bo już nie będę was dłużej szpiegować.

a poza tym jest jeszcze to. i to. i osobiście uważam, że to w ogóle dużo bardziej fascynujące rzeczy, niż nawet najpiękniejsze książki.

*vs be kind, have pity, my own, my pretty. cytaty (wyróżnione kursywą) mogłam trochę pozmieniać albo dla efektu, albo z powodu słabej pamięci. wszystkie to słowa nabokova (w tej liczbie również i vana), poza tym tutaj, który pochodzi z wiersza v ("oh see how thick the goldcup flowers...") alfreda edwarda housmana i którego trawestacją jest tytuł wpisu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz