niedziela

prawo do czegoś tam

czytam właśnie "bunt miast" i chciałam tu zanotowac, że to tak bardzo nic nie wnoszące starcze gderanie... może to zbyt dosadnie powiedziane, ale taka jest prawda: niczego się z tej książki nie dowiecie. tzn. może ktoś niezorientowany dowie się "co" i "jak", ale już po "dlaczego" odesłałabym gdziekolwiek indziej, w naprawdę wiele innych miejsc, pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to nieocenione "1000 years of nonlinear history" czy wspomniana już na blogu "prędkość i polityka". a też "co" i "jak" można się dowiedzieć na tysiące więcej wnoszących rzeczy, że już nawet nie chce mi się przytaczać czegokolwiek. jak ja nie rozumiem takiego podejścia, jakby ludzie nie wiedzieli, że żeby coś zmienić, wystarczy robić dobrze to, co się robi, a nie artykułować jakieś wynikowe postulaty... nie mam chyba nic więcej do powiedzenia, wracam do lektury, jak skończę to chętnie się jeszcze wypowiem. x

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz