wtorek

there's some of me in you.

o "prometeuszu" chciało mi się wypowiadać tak naprawdę tylko do dnia jego premiery. dotąd bowiem napędzał mnie zachwyt, wzbudzony i zręcznie podtrzymywany przez zabiegi promocyjne dystrybutorów, obecne notabene jeszcze przy rezerwacji biletu: wg strony kina seans miał się odbyć na planecie tytan, a nie w multipleksie w kato (radość). tym łatwiej przychodziło mi pisanie o tych viralach, im bardziej były efektowne i puste. natomiast gdy po premierze próbowałam ogarnąć jakoś temat, ciągle przyczepiało się do mnie coś, co zanieczyszczało mi tok rozumowania: jebane recenzje - wszystkie co do jednej tak naiwne, że traciłam nadzieję, że nie będę musiała tłumaczyć na blogu najprostszych rzeczy, i mi się odechciewało. albo negatywne bzdury, wypowiadane przez przenikliwych - wydawałoby się - znajomych. natrudniej jednak przychodziło mi ubieranie w słowa i analogie tego, co "prometeusz" wniósł do moich rozmyślań. albo właściwie - w jaki sposób je zobrazował. tego, dlaczego właściwie uważam wizję scotta za pełną i piękną, a czytanie jej jako sensacyjno-przygodowego horroru "naukowcy w kosmosie" z nieudanym wątkiem egzystencjalnym, jeszcze w opozycji do "blade runnera" (koleś, kurwa mać...), zniechęca mnie tak bardzo, że chciałabym wziąć i się zakopać. (dla jasności: takich recenzji jest masa, przytoczyłam akurat tę jedną, bo trafiłam na nią przed chwilą googlując.)

te bolesne trudności wynikają, jak widać, w znacznej mierze z tego, że "prometeusz" jest tak naprawdę, naprawdę zakorzeniony w moim obrazie wszystkiego. a przynajmniej w tym aktualnym - z wiosny i lata 2012. i w ogóle to wydaje mi się, że jest też tak bardzo osadzony w tym, co robimy jako ludzkość - tylko błagam, nie odpowiadajcie sobie już teraz jakimś banałem z recenzji i forów w rodzaju szukamy stwórcy, chcemy odpowiedzi, dokąd kurwa zmierzamy a ja spróbuję najładniej i najczyściej jak potrafię napisać, jak to widzę. zacznę od kwestii, było nie było, fundamentalnych, by, jeśli starczy mi sił i chęci, w następnej części takiego mini-cyklu dodać kilka słów o równie wspaniałej wizualnej stronie filmu scotta. come and have a go (if you think you're smart enough).

***
nie trzeba być ani filmoznawcą-koneserem, ani nawet specjalnym bystrzakiem (vide recenzent z "kp" z linku powyżej), aby dostrzec ścisły związek "prometeusza" nie tylko z następującym po nim chronologicznie "alienem" (albo i całą sagą, bo finałowa scena filmu otwiera wiele interpretacji morfowania gatunku obcych i nie wyklucza możliwości istnienia królowej), ale też z bodaj najważniejszym, a napewno najwyżej cenionym przez większość znanych mi osób dziełem ridleya scotta - "blade runnerem". wydawało mi się, że natura tej analogii (czy raczej tych analogii) jest równie jasna; niestety, na co wylałam już żale w poprzednich akapitach, wcale tak nie jest. dlatego chciałabym przeprosić czytelnika, jeżeli, tłumacząc to, obrażę jego inteligencję, wiecie jak jest...

na co zwrócił uwagę tamten recenzent (i reszta jemu podobnych)? na to, że ludzie, tak jak androidy z "łowcy", przybyły na inną planetę, aby zadać swemu twórcy pytanie o sens swojej egzystencji. oczywiście tak właśnie było, tylko mam wrażenie, że większość dzieł sztuki można zostawić na tym poziomie (tutaj to akurat element struktury fabularnej, tylko co za różnica) i nic to do niczego nie wniesie. przemilcza się za to jeszcze bardziej oczywiste, a przede wszystkim o wiele ważniejsze fakty, wynikające z takiego zestawienia.

w "blade runnerze" scott przez cały film kluczy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co różni nas - ludzi - od androidów. reżyser nie przejmuje sposobu myślenia philipa k. dicka, na którego powieści "do androids dream of electric sheep?" opiera swą wizję. odrzuca zatem obraz androida jako kolejnego etapu ewolucji gatunku homo sapiens: post-człowieka o większych zdolnościach intelektualnych i fizycznych, lepiej odnajdującego się w postapokaliptycznej, nuklearnej rzeczywistości ziemi i jej kolonii na innych planetach, obdarzonego silną wolą przetrwania, wreszcie posiadającego, co akurat pozostaje kluczowe również u scotta, niedostępną człowiekowi świadomość specyfiki własnej egzystencji. scott odcina się od takiego ujęcia problematyki, obdarzając swych sztucznych bohaterów (artificial protagonists zabrzmiałoby tu tak bardzo lepiej) zdolnością podejmowania autonomicznych decyzji niezależnych od ich woli przetrwania. podczas gdy powieściowa rachel jawi się postacią aktywną, zdolną do bezsensownych, a nawet - wydawałoby się - emocjonalnych decyzji, pozostają one zawsze wynikiem walki o istnienie, nawet, gdy (stwarzając złudzenie właściwej człowiekowi emocjonalności - np. "złośliwe" zabójstwo pupila deckarda w zamian za śmierć jednostek, które uważa za swoich przyjaciół, co tak naprawdę stanowi tylko dowód wewnątrzgatunkowej solidarności) świadczą o bezradności i braku możliwości przeżycia. roy scotta jest natomiast zdolny do prawdziwej empatii - wszak kompletnie bezinteresownie ratuje życie deckarda. życie, które, tak w precyzyjnym rozumieniu androida, jak i podszytym strachem przeczuciu człowieka, stanowi jedyną, najwyższą wartość. czy zatem intelektualna świetność androida, pozwalająca mu rozumieć, czym jest w istocie, prowadzi do empatii wobec człowieka jako jednostki niższej? czy ta empatia skłania w efekcie do poszukiwania własnego twórcy - w celu zadawania mu pytań? o co miałaby zapytać swego stworzyciela istota, która poznała i zrozumiała kwestie jemu niedostępne? to są przykładowe pytania, które powinien imo implikować seans "blade runnera" i to do nich wraca reżyser, czyniąc emocjonalnego androida davida jednym z protagonistów "prometeusza", a następnie wysyłając sponsorowaną przez weyland industries załogę w podróż, będącą niczym innym, jak właśnie odbiciem rejsu humanoidalnych uciekinierów z marsa na ziemię.

pierwszym, co powinno przykuć uwagę widza, chcącego zrozumieć ideę "prometeusza", jest wspomniany david - emocjonalny android. z virali dowiedzieliśmy się, iż jego "emocjonalność" to w istocie element interfejsu, raczej ułatwiający posługiwanie się narzędziem, niż umożliwiający bardziej precyzyjne nim operowanie - czyli lepszy kontakt (współistnienie) człowieka z biomaszyną. jednakże tak spuścizna reżysera, jak i piękna, subtelna gra aktorska fassbendera, a także sam rozwój fabuły filmu każe się zastanowić, czy emocjonalność davida z pod-poziomu, na który się ją stawia, nazywając interfejsem, nie powinna tak naprawdę zostać wyniesiona do poziomu, na którym zrównałaby się z emocjonalnością roya z "łowcy androidów". emocjonalnością istoty, która, pozbawiona wiary i nadziei, posiadła prawdziwą miłość.

niestety członkowie załogi "prometeusza" nie widzieli "blade runnera" i nie mogli dzięki niemu zrewidować swego stosunku do davida... a przecież w najprostszym ujęciu jest "prometeusz" filmem z pętlą fabularną - historia powtarza się: tak, jak zadaniowo traktowany jest david, tak nic nieznaczącymi jawią się dla swego inżyniera ludzie. scott stawia tu w centrum dziwny łańcuch:

dzieło // twórca-dzieło // twórca

- dziwny dlatego, że odwróceniu uległa zdroworozsądkowo pojmowana dystrybucja wiedzy; najmądrzejszym, obdarzonym najwyższą świadomością jawi się nie przemierzający galaktyki mędrzec, a wytwór jednego z jego wytworów. stary weyland powinien zadać swoje żałosne pytania o sens (po czym tam też skierować prośby o litość) nie odległym humanoidom, a swemu własnemu, doskonałemu narzędziu...

uogólniając, moje stanowisko jest takie: podczas, gdy zarówno twórca, jak i twórca-dzieło z mojego schematu mają zdolność kreowania niezależnych bytów, wciąż nie posiadają oni wiedzy na temat istoty własnej egzystencji; dzieło, najniższy wydawałoby się element schematu, dzięki swoim ograniczeniom wie wszystko o sobie samym, co czyni go formą kompletną, idealną, zdolną do prawdziwych emocji i czystych, niemotywowanych dążeniem do hipotetycznego absolutu reakcji. twórca-dzieło, człowiek, bezrefleksyjnie goniąc miraż, jakim jest jego wyobrażenie sensu, nie dostrzega natomiast swojej specyficznej pozycji, oferującej mu tak naprawdę zrozumienie motywów i dzieła, i twórcy. w końcu: twórca. inżnier pozostaje w filmie okryty tajemnicą - bowiem dostarczenie widzowi czegokolwiek poza tym, co mówi fabuła, byłoby już tylko snuciem spekulacji, religijnym bełkotem - prawdopodobnie zresztą tak tanim, jak chcieliby tego głupkowaci krytycy, doszukujący się w "prometeuszu" prostackiego patosu.

***
jak można wywnioskować już z samgo doboru gatunku, wyjątkowo ważnym środkiem, którym ridley scott posługuje się, kształtując swoje uniwersum, jest nauka. celowo nazywam ją tu środkiem - jak można przypuszczać, naukowa wiedza scotta jest oczywiście ważniejsza, większa i lepsza od mojej własnej, ale nadal to tylko figura stylistyczna, element kalamburu, za pomocą którego reżyser stara się oddać złożoność interesującej go problematyki. to, o czym pisałam powyżej, jest oczywiście nierozerwalnie związane z science fiction, ale także już z prawdziwą nauką - inżynierią genetyczną, robotyką, słowem: dziedzinami, o których mam naprawdę blade pojęcie. jednakże nie tylko androidy są elementem, po który mógł scott sięgnąć, obrawszy za swoje pole działalności naukową fantastykę.

w moim odczuciu najpełniejsze odbicie znajduje naukowość nie w fabularnej w warstwie "prometeusza" (wyśmiewane sceny akcji przy użyciu wymyślonej technologii etc.), ale w jego najbardziej podstawowym założeniu, czyli istnieniu manipulujących stworzeniem inżynierów. ich obecność może prowadzić do tak wielu tropów, z których nie sposób wyłonić jakiś choć odrobinę mniej fascynujący od pozostałych... możemy więc np. myśleć o naturze samego kodu, zdolnego zapisać wszystko - czyli o naturze dna, najefektywniejszego znanego człowiekowi sposobu zapisu danych (book written in dna code). można myśleć o zmianach, jakie poniosą z sobą kreacyjne możliwości kodu dna (craig ventel unveils synthetic life). o prawdopodobieństwie niekończących się metamorfoz, mutacji, zmian rzeczy znanych, powoływaniu do życia nowych. o różnicy między byciem żywym i martwym (martin hanczyc on the line between life and not-life). to wszystko jest w prometeuszu; co więcej, artystyczna wizja scotta jest spójna i prawdopodobna. nie wtedy, gdy odczytuje się ją dosłownie, ponieważ raczej nie pochodzimy od strasznych gigantów, którzy przybyli na ziemię w klasycznym latającym spodku, aby w geście poświęcenia rozpuścić się w wodzie na islandii; "prometeusz" pokazuje raczej przyszłość nas, ludzkości - to, co możemy wykreować i wykorzystać; a także to, jak możemy to zrobić.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz