wtorek

fantomowe ciało króla i inne rzeczy

zombie bench (źródło: flickr)
od dawna zbieram się do napisania kilku słów o „fantomowym ciele króla"; czas tego zbierania się jest prawdopodobnie wprost proporcjonalny do wrażenia, jakie wywarła na mnie książka jana sowy. ogólnie rzecz biorąc, jestem zachwycona. już sama jej forma – fantastyczna przejrzystość toku rozumowania autora, jego język (trudno mi znaleźć inne określenie, niż „adekwatny", „stosowny" – gdyby je tylko zmienić, wyrwać spośród wyrazów neutralnych, gdyby nadać "adekwatności" znamiona ważnego komplementu), przysposobione przez sowę narzędzia badawcze, w szczególności akcentowana perspektywa długiego trwania, wreszcie jego mądre, ponaddyscyplinarne podejście do problemu – przedstawiają sobą ogromną wartość. pozostając obojętnymi na formę dzieła, nie bylibyśmy w stanie zaobserwować i docenić jednej z największych zalet „fantomowego ciała”: kunsztu, przejawiającego się w relacji szlachetnej prostoty formy do bogactwa treści (zarówno na płaszczyźnie ideowej, jak i faktograficznej).

zanim zanotuję tu rozważania, do których skłoniła mnie lektura „fantomowego ciała króla”, chciałabym przybliżyć czytelnikowi bloga istotę tej książki. najprościej rzecz ujmując dzieło sowy to erudycyjne rozwinięcie klasycznego „wiesz jak jest”. „wiesz jak jest”, „jest jak jest”. lektura „fantomowego ciała” to trochę jak dowiedzenie się w dzieciństwie, jak ludzie się rozmnażają – niby i tak każdy wiedział wszystko wcześniej, ale wyjaśnienia były potrzebne i generalnie wprowadzały zamęt do zasobów ogólnej wiedzy o życiu (przynajmniej ja tak miałam). jednocześnie obcowanie z dziełem sowy może w jakiś sposób przypominać oglądanie filmu dokumentalnego o wyrębie lasów deszczowych czy czymś podobnym – pozwala bowiem zadać sobie pytanie: czy naprawdę nie miałam świadomości, że tak to wygląda? czy nie miałam narzędzi, aby to zrozumieć tak, jak rozumie sowa? czy świadomość procesów i faktów i samoświadomość kontekstu nie powinna znaleźć odbicia w moim postępowaniu, w moim życiu? itd. itp. bowiem, choć zebrany przez sowę materiał badawczy imponuje rozmiarami, u podstawowych założeń jego pracy leżą fakty powszechnie znane, dostępne – myślę, że w moim stwierdzeniu nie będzie przesady – każdemu wieśniakowi po podstawówce. dlatego tym bardziej zaskakują nie tyle wnioski, do których prowadzi lektura "fantomowego ciała króla", co fakt, że dopiero jan sowa w 2012 roku w ten sposób je opracował i przedstawił. miałoby się ochotę przytoczyć tu dla potwierdzenia którąś z licznych perełek spośród danych statystycznych czy etnologicznych z „fantomowego ciała” - nie potrafię się jednak zdecydować na jeden konkretny fragment tekstu; dlatego zainteresowanych odsyłam np. tutaj, albo, oczywiście, do samej książki.

zadając tak sobie w domowych pieleszach te pytania, które zanotowałam w poprzednim paragrafie, jak również i wiele innych pytań, generalnie nad brzegiem rzeki wisły siedząc i dumając, doszłam do kilku rzeczy; punktów prawdopodobnie trywialnych dla osób o przenikliwości sowy, no ale, jak pokazuje przykład jego „ciała”, nie wszystko, co wydaje się oczywiste, faktycznie takie jest.

po pierwsze: jestem zdania, że waga takich tematów jak narodowość, naród, państwo, jest zdecydowanie przeceniana - teraz, w przeszłości, a najprawdopodobniej także i w przyszłości; zawsze. szczególnie ważne wydaje mi się to w kontekście przyszłości. oczywiście „fantomowe ciało króla" wychodzi od dyskursu historycznego, czy też historyczno-ekonomicznego, w których nie sposób tak po prostu zignorować tak ważnego dla rozwoju wypadków czynnika, jak państwowość. jednakże, na potrzeby nas, zainteresowanych przyszłością ludzkości, sensem świata itd., chciałabym tu zacytować jane jacobs, autorkę klasycznego "the death and life of great american cities". w książce "cities and the wealth of nations" jacobs pisze:

nations are political and military entities… but it doesn’t necessarily follow from this that they are also the basic, salient entities of economic life or that they are particularly useful for probing the mysteries of economic structure, the reasons for rise and decline of wealth.

także jan sowa w „fantomowym ciele króla” pokazuje, że czynnikami rozwoju (właściwie „rozwoju niedorozwoju”, bo w domenie jego zainteresowań leży polska, czy, szerzej, europa środkowa, jako obszary peryferyjne, wręcz postkolonialne) prócz narodowości są – były – technologia i kultura. opierając się na badaniach sowy należy stwierdzić, iż dwa ostatnie faktory były przez wieki zaprzęgnięte w służbę temu pierwszemu, najbardziej abstrakcyjnemu i, naturalnie, najmniej istotnemu, a wręcz niekorzystnemu dla ogromnej większości członków społeczności ludzkich. w tym miejscu przypomina mi się manuel delanda, który w „tysiącu lat nielinearnej historii” wysnuwa tezę, jakoby wszelkie systemy, stworzone przez człowieka, były dla niego punktem wyjścia, tym społecznym (przyznaję, że to jedno z moich ulubionych określeń) „egzoszkieletem”. pozwolę tu sobie wyjść nieco poza rozważania delandy, odczytującego w ten sposób rolę miast w zachodniej cywilizacji, i zastosować to ładne pojęcie nie tylko do rzeczywistych, fizycznych systemów, stanowiących ramy dla przepływu mas ludzi i katalizator dla ich nieustannego rozwoju, ale też do systemu pojęciowego: narodowości. o ile zatem informatyzacja, migracja ogromnej części potencjału cywilizacyjnego do wirtualnej chmury przenosi ciężar „egzoszkieletu” delandy właśnie tam, pozostawiając nie tylko miasta, ale również tak złożone i abstrakcyjne (anachroniczne i reakcyjne) pojęcia, jak np. narodowość, w funkcji (zostając przy aparacie pojęciowym delandy) „endoszkieletu”.

tak jak podkreśliłam powyżej, „fantomowe ciało króla” stało się dla mnie punktem wyjścia do bardziej uniwersalnego myślenia. mam nadzieję, że jasnym pozostaje, że nie zarzucam mu niczego, zdecydowanie nie zamierzam tu kwestionować podejścia sowy, które jest jak najbardziej odpowiednie - zresztą pisałam już, że to jest ogólnie najlepszy imo przymiotnik do opisania tej książki, prawda? odpowiednie, zrównoważone, dobre myślenie - pragnę jedynie, nie jako pierwsza, najważniejsza ani najmądrzejsza, ani też, mam nadzieję, nie jako ostatnia, zwrócić uwagę na fakt, jaką pułapką może się stać nadmierne eksponowanie przeszłości jakiejś konkretnej grupy osób, w sensie jakiegoś „narodu", przy dyskusji o przyszłości. o ile bowiem sowa dostarcza nam - znowu to słowo - odpowiedniej wiedzy na o podstawach, fundamentach, na których oparta jest nasza teraźniejszość, o tyle ponaddyscyplinarna, lecz wciąż poruszająca się pośród faktów historycznych wiedza nie wystarcza nie tylko do zbudowania na jej kanwie spójnej, wynikowej wizji naszej (ludzkości) przyszłości, ale nawet do odpowiedzi na kilka najbardziej podstawowych pytań związanych z rzeczywistością: dlaczego? albo: dlaczego nie? na przykład: dlaczego nie wyciągamy żadnych wniosków? przez tysiąc lat nielinearnej historii, które opisuje delanda; albo nawet od późnego średniowiecza, gdzie zaczyna sowa - dlaczego nasz organizm, zachodnie społeczeństwo, nie potrafi przewidzieć żadnej katastrofy, zapobiec jej, po prostu się zmieniając?

zastanawiam się, na ile populistyczna i płytka, a na ile prosta i adekwatna, będzie odpowiedź, która mi chodzi po głowie. otóż w dokumencie „surviving progress” psycholog kognitywny gary marcus wyraził pogląd, jakoby niemożność przyjęcia perspektywy długiego trwania przez człowieka w jego procesie decyzyjnym niekoniecznie wynikała z ignorancji, egoizmu, chciwości czy innych brudnych motywów, które lubimy przypisywać osobom, mającym władzę (korporacjom, bankom, ewentualnie politykom, komukolwiek). marcus dowodzi, że krótkowzroczność decydentów to tak naprawde kwestia ewolucyjna, wynikająca z niedostatecznej prędkości tego biologicznego procesu. nasz mózg praktycznie nie różni się od mózgu członków plemion zbieracko-łowieckich z czasów pre-stonehenge, kiedy podejmowanie któtkoterminowych decyzji na zasadzie hit or run było konieczne do przeżycia w świecie prostych niebezpieczeństw. w obecnym stadium rozwoju cywilizacji, przy jego współczesnej prędkości, to ewolucyjne uwarunkowanie, utrudniające zastosowanie perspektywy długiego trwania przy podejmowaniu decyzji, które jej po prostu wymagają, skazuje nas na przegraną. kognitywista ubrał ten pogląd w błyskotliwą metaforę, która zdaje się dotykać sedna problemu: hardware, w który jesteśmy wyposażeni, nie wystarcza do ogarnięcia skali problemu, który został wykreowany w wyniku prędkości rozwoju cywilizacji. zastanawiam się więc, czy jako gatunek jesteśmy w stanie przyjąć tak abstrakcyjne, obce naszej naturze założenie, jak perspektywa długiego trwania, czy raczej będziemy musieli stworzyć zewnętrzną wobec nas inteligencję, która zmierzy się z tym problemem.

(na koniec chciałabym tylko powiedzieć, że to jest taki w sumie wpis na kolanie, a ja planuję do niego wrócić, wzbogacić go nieco i poprawić, gdyż zdaję sobie sprawę z jego niedostatków, a zależy mi na tym, aby był zrobiony porządnie; publikuję go dlatego, że nie jestem pewna, kiedy będę mogła usiąść nad nim na spokojnie, a mam okropną potrzebę uzewnętrznienia się, hehe.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz