sobota

北京地下城 fallout

你好。我们 很好。(od tygodnia uczymy się chińskiego, na razie umiem tyle) chciałam wam dziś opowiedzieć o czymś fascynującym i tajemniczym - tak fascynującym i tajemniczym, że chociaż można o tym przeczytać na wikipedii i wyszukać kilka ładnych zdjęć na necie, to te informacje są właściwie wszystkim, co można uzyskać. tzn. raczej: co udało mi się uzyskać do tej pory. chiny są obce. ale od kiedy zrobiło się tu ciepło przestałam ich nienawidzić i postanowiłam je zrozumieć najbardziej, jak tylko mogę. wczoraj z michałem pod blokiem rozmawialiśmy o fascynujących właściwościach chińskiego języka w kontekście literatury. nie jestem w stanie teraz ogarnąć umysłem możliwości kreacyjnych tego języka, ale się dowiem. tyle tytułem wstępu; do rzeczy.



otóż między 1969 a 1979 rokiem, w obliczu możliwego konfliktu nuklearnego ze związkiem radzieckim (nic o nim nie wiem. może mieli walczyć ze stanami zjednoczonymi, albo całym światem) wybudowano w pekinie schron atomowy. brzmi umiarkowanie ciekawie: posiadając tyle informacji sama dałabym takiemu niusowi 5/10. nawet na naszym osiedlu są jakieś schrony. tylko, że ten bunkier, o którym mowa, rozciąga się pod całym miastem. czy raczej: pod całym ówczesnym miastem. wyczytałam, że bardzo prawdopodobnie można tunelami przedostać się aż do tianjinu - miasta oddalonego od stolicy o niecałe 120km. ponadto dowiedziałam się, że schron ten miał pomieścić 6 milionów osób! to połowa ówczesnej populacji pekinu. drugie tyle miało znaleźć ochronę w kolejnym, podobnym budynku, ulokowanym w pobliskich górach. nie będę o nim pisać, bo nie oswoiwszy się z pekińskim podziemnym miastem, o górskim kompleksie nie zaczęłam nawet myśleć.

naturalnie, usłyszawszy o tej ciekawostce od ziomeczka postanowiłam pogooglować, zakładając, że to dopiero początek i zaraz dowiem się całej reszty. zaplanowałam wycieczkę z horroru i w ogóle. niestety, spotkało mnie rozczarowanie: wiadomości na necie są mętne i niepewne, totalnie nieprzydatne. w chinach jest coś dziwnego z internetem, jeżeli się nie mówi po chińsku to chyba niczego nie można się dowiedzieć. postanowiłam wypytywać ludzi. kolejne pudło. w pracy nikt nic nie słyszał; piękny węgier ma znajomego, który siedzi tu od olimpiady (jak pogooglujecie, a na pewno to zrobicie, to natkniecie się na info, że to był ostatni okres, w którym jakoś pokątnie można było się tam wbić na zwiedzanie - mały fragment podziemi został udostępniony turystom, na czym skorzystali np. redaktorzy lamerskiego magazynu vice) i który coś słyszał, ale się nie zainteresował, a zresztą i tak to dawno wyburzyli. ??? z tą wersją spotkałam się później jeszcze kilkanaście razy: rodowici pekińczycy z michała pracy, moje chinki z hr-u, znajomi filipa... zresztą przed wyjazdem filipa (wielka sromota i nienagrodzona szkoda) na beixinquiao piliśmy w spelunie-busie, gdzie chińskie chłopy nieokreślonego wieku siedzą, piją chińską wódkę za 2 złote i rozmawiają nie wiadomo o czym w scenerii trójwymiarowych obrazków z maryjką, wilkami, lampek choinkowych i takich tam. filip mówi po chińsku, więc z uwagi na ich przyjazne nastawienie do nas i chęć rozmowy (znaliśmy wtedy po 5 słów, teraz znamy już po 20, albo nawet 30 - progres!) postanowiliśmy ich wypytać. nie było zgody w tym zacnym gronie. niektórzy nic nie słyszeli; inni twierdzą, że takie coś nigdy nie istniało. jeden powiedział, że było faktycznie takie coś, ale dawno zostało wyburzone. ??? nie wiem, czy to brak zaufania do bladych twarzy, czy wszyscy ci ludzie są naprawdę tak naiwni i wierzą, że rząd wyburzyłby 40-letni podziemny kompleks, największy, o jakim w życiu słyszałam! przecież tam w środku, pod nami, są sale szpitalne i szkoły, zakłady pracy i kina, kanalizacja i elektryczność, założę się, że i internet można by łatwo dociągnąć - o ile już tego nie zrobiono.

kolejnym kurwa faktem, za przeproszeniem, który zmienia moją wewnętrzną reginę george w wewnętrznego indianę jonesa tak, że sama siebie nie poznaję, i to na dłużej niż 5 minut, to wejścia do tych podziemi. to był schron dla ludności miasta - wejścia są wszędzie!!!! choć miasto rozrasta się i zmienia, a tradycyjna zabudowa - hutongi - zostaje systematycznie zastępowana osiedlami i kompleksami handlowymi, gdzieniegdzie pośród starszej zabudowy, pośród sklepów z kurwa chińskimi pierdołami i małych restauracyjek, i sklepów z komórkami, i lokalnych oddziałów banków, poczt (piszcie przez ś.m.i.e.t.n.i.k.) i, nie wiem, świetlic dla chińskich dziadków, w każdym razie na tylu ulicach, wśród tylu szyldów, których nie rozumiesz, wyłam jedne drzwi i przejdziesz na klatkę schodową, i dostaniesz się do czyjegoś zagraconego domu (song dong barbican curve 2012), a potem wyłam drugie, a może będziesz mieć szczęście zawitać do pierdolonego sześciomilionowego bunkru pod jednym z największych miast świata. z obrazami mao, freskami robotników, okrągłymi sklepieniami i wszystkim. nic z tego nie rozumiem. albo z tego, że w hutongach niektórzy nie mają łazienki i chodzą z własnym sedesem do publicznej toalety, niektórzy mają uporządkowane podwórko i zadbane drzewo, a inni wejście do podziemnego miasta w piwnicy albo za szafą. ile to musiało kosztować w ogóle (-> pierwsza praca, liczenie pieniędzy). podobno żeby się dowiedzieć, trzeba pytać - starszych ludzi, tych śmiesznych staruszków, co wywieszają klatki z kanarkami na drzewach, albo babcie, co się gimnastykują na osiedlach. ktoś to musi pamiętać, ktoś to musiał zbudować przecież. w każdym razie uczymy się chińskiego. dodaję kilka zdjęć. źródło: google grafika - ale możecie być pewni, że tylko na razie.

qianmen entrence to the underground city

entrances through demolished hutong



aha, tak w temacie to byliśmy też w opuszczonym wesołym miasteczku. zrobiliśmy pijacki piknik, było strasznie dziwnie. ten diabelski młyn się kręcił. i potem na koniec złapał nas ochroniarz. myśleliśmy, że nas deportują, ale on nas tylko odprowadził do wyjścia. (fotki miriam, ostatnia moja)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz