sobota

blue spring


no matter how passionate you were, no matter how much your blood boiled, i believe youth is a blue time. blue - that indinstinct blue that paints the town moments before the sun rises. (happiness doesn't come in shapes)

wtorek

tl;dr (przychodzą mi do głowy same nieśmieszne tytuły)

wiecie co? jestem stara. stara i zmęczona ciągłym poddawaniem swoich poglądów pod wątpliwość. chciałabym chyba okrzepnąć i zostać dinozaurem. tymczasem pracuję se w korporacji i zabijcie mnie, jeżeli nie rozwija mnie to intelektualnie. mam tyle czasu, w którym musze udawać, że mam coś do roboty przy kompie, że jak tak dalej pójdzie, to do wakacji spenetruję wszystkie freesourcowe treści amerykańskich uczelni dostępne na necie bez proxy (następnie planuję pogrążyć się w odchłani portali plotkarskich).

dzisiaj chciałabym się trochę wypowiedzieć w zgodzie z aktualnymi trendami na moim ulubionym blogu, czyli rozważaniami nad tym, jak litera prawa kształtuje architekturę i, szerzej, przestrzeń publiczną, półpubliczną, półprywatną, prywatną, przestrzeń czasów pokoju i działań wojennych, wreszcie - jak architektura w służbie prawa kształtuje rozmaite granice (na marginesie, to polecam mój stary wpis m.in. o dziwnej naturze granic na przykładzie palestyny). czy może raczej zastanawia się lambert: do którego momentu można odczytywać architekturę jako emanację sympatycznego procesu legislacji, a od kiedy sama staje się wobec prawa nadrzędna, stanowi o nim. mimo, że odrzuca się tu symbolikę czy manipulacyjną funkcję architektury (o której również trochę było we wspomnianym wpisie o palestynie), myślę, że w tym wszystkim można się bardzo zapętlić. zanim powstały regulacje i spisy zasad, taka głupia ściana była sama w sobie regulaminem: architektura stanowiła prawo i w wymiarze teoretycznym, i jak najbardziej empirycznym. na przykład, remus przeskoczył sobie przez murek i wszyscy wiemy, że średnio się to dla niego skończyło. long hand of the law jakby. naturalnie, za jednym zamachem (heheh) zlekceważył i symbolikę budowli, no ale gdyby nie naruszył prawa własności (odnoszę wrażenie, że mur jako symbol zniewolenia, oddzielony od samego narzędzia opresji, przyszedł dużo później) (o ile w ogóle przyszedł :|) to mógłby sobie co najwyżej popłakać, że w szkole na polskim nie uważał. tak czy inaczej - kilka słów ode mnie na temat prawa, prywatnej własności oraz ich ewentualnie opresyjnym wykorzystaniu.

***

no więc, pisze lambert, jest własność prywatna, co się panoszy i zmienia strukturę przestrzeni publicznej. niektórzy kupują działki w centrach miast, gdzie budują wielkie supermarkety i już nie możesz tam przyjść i być alternatywny. tzn. możesz, ale musisz coś sobie kupić. bo np. jeżeli przyjdziesz ze swoimi gratami, to regulamin użytkowania takiej prywatnej przestrzeni publicznej może przewidzieć, że należy cię z niej wypierdolić. moja puenta jest taka: widać, że cię nie było w sanlitun village :).

żarty żartami - wiecie, że nie mogę się nie zgodzić z ogółem przemyśleń leopolda lamberta na najfajniejszym blogu dekady. tym bardziej interesująca wydaje mi się możliwość spojrzenia na zagadnienie prawo/architektura z perspektywy, hehe, przeciętnego użytkownika chińskiej ulicy. dlatego jako kontrprzykład działań opisanych w zalinkowanym artykule podaję sanlitun village. jest to na maksa komercyjna przestrzeń - pełna sklepów znanych światowych marek, zdecydowanie nie "wspólna" czy "wolna" jak kto woli - a jednak dostępna dla każdego. między eleganckimi budynkami swoje próbują ugrać sprzedawcy wszelakich przekąsek i posiłków z obwoźnymi kuchenkami, lodówami, blatami roboczymi i czym tam jeszcze, drobni handlarze chińskim chłamem najdziwniejszego sortu, a także żebracy tak zdeformowani, że trudno sobie nawet wyobrazić, że np. mieli twarze, dziadki z balonami, złodziejaszki, czarni dilerzy i tak dalej. i jest oczywiście modny tłum, co tam przychodzi dla lansu i my z własnym alkoholem za 5zł ze sklepu, na przykład. wiadomo, że manifestacji politycznej nikt tam nie przeprowadzi, ale, pomijając ten faktor - omawiana jest przecież kwestia własności nieruchomości i jej wpływu na przestrzeń publiczną - wygląda mi to na trochę jakby złoty środek (ale jestem dowcipna dzisiaj), gdzie wyraźnie skomercjalizowana przestrzeń nie stała się miejscem ekskluzywnym, a wręcz przeciwnie - wynikający z jej otwartości zgiełk i tłum może przyprawić o ból głowy. w każdym razie jest to niewątpliwie prywatna (i.e. przez kogośtam posiadana), komercyjna własność, która, dzięki brakowi sztywnego "zachodniego" regulaminu, zachowuje funkcję jeżeli nie miejskiej agory, to miejsca ekspresji i interesów dla każdego mieszkańca - coś jak średniowieczna ulica czy targ.

no mogę jeszcze dodać, że ostatnio naszym ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest alkoholizowanie się w plenerze na linked hybrid stevena holla - lokalizacja to piękna (uniwersalnie, a nie tylko jak na chiny) i szalenie droga. trudno powiedzieć, czy to magia białej japy, czy coś innego, ale fakty są takie, że nikt nas nigdy nie wyrzucił za robienie hałasu na pomostach, a to przecież totalnie opresyjne, ogrodzone murem, eleganckie do usrania, chronione prawnie prywatne osiedle. picie piwa z puszki na ławce pod blokiem nabiera oprawy imprezy w sci-fi filmie. i są tam też kluby wydrążone w górach (nikt tam nie chodzi tylko my). :)

***

z drugiej strony, łatwo podać i skrajnie inny przykład, interesujący już w innym niż kulturowa ciekawostka wymiarze. ten przykład to ordos, miasto-widmo w wewnętrznej mongolii. zapewne większość czytelników ten temat obił się o uszy, gdyż, po pierwsze, było o nim dość głośno przy okazji globalnego kryzysu gospodarczego jako o kolejnym przejawie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości, a po drugie dlatego, że polskie media lubią co jakiś czas donieść o tym, jakie to niestworzone rzeczy chińczyki wyrabiają. no w każdym razie ordos (polecam kliknąć i obejrzeć znakomity fotoreportaż matthew niederhausera; zdjęcie na końcu wpisu stądże zaczerpnięte), a raczej jego część, dzielnica kangbashi, to przedziwny twór - w kontekscie tego posta wręcz biblijne "słowo stało się ciałem". zasidlone przez 20-30 tysięcy osób osiedle na ponad milion mieszkańców, o działającej, acz praktycznie nieużywanej infrastrukturze (biblioteki, muzea, sklepy, w tym gigantyczne centrum handlowe); mam wrażenie, że spędzenie tam więcej niż kilku godzin może się skończyć jakąś ciężką psychiczną chorobą. natomiast piękne jest, jak na teoretycznej płaszczyźnie ordos to dewirtualizacja (sorry za pretensjonalność, jak wymyślę jakiś ładniejszy synonim, to to zmienię) abstrakcyjnego prawa własności. opuszczone porzucone nigdy nie zamieszkane osiedla nie mają i, jestem skłonna w to uwierzyć, nigdy nie miały innej funkcji, jak tylko być posiadanymi. coś jak działka na księżycu. prywatna własność.

National Interstate and Defense Highway Act of 1956

teraz będzie krótko. chciałabym przytoczyć jedną anegdotę za leopoldem lambertem, jako że się doskonale komponuje z płomykiem paranoi, co buzuje wesoło w naszych sercach (instynktownie używam inkluzywnie liczby mnogiej, choć w moim przypadku to już będą pogorzeliska, a nie promyczek, i w ogóle to każdy niech sam sobie osądzi, jak tam u niego, ale mama mi mówiła, że jestem mądra i mogę sobie uogólniać, co mi się podoba).

każdy się trochę zastanawia, dlaczego "miasta przyszłości", w których żyjemy, tak znacząco rozminęły się ze znanymi nam z science-fiction wizjami hiperzaawansowanych technologicznie, nadpobudzonych, o milionach wieżowców rzęsiście oświetlonych (razz matazz) i zaludnionych post-ludźmi (heheheh) ośrodków. dlaczego w sumie takie bogate miasta współczesności wyglądają blade-runnerowo tylko na nocnych zdjęciach z szerokiego obiektywu... z rozważań lamberta wyłania się hipoteza, którą pozwolę sobie posłużyć się, próbując odpowiedzieć na to pytanie (naturalnie, jak każdą dobrą hipotezą i tą można się podeprzeć w maksymalnie wielu przypadkach - tzw. znane i lubiane "wiesz jak jest"). otóż winę za nasze złamane marzenia o przyszłości i zgiełku ponosić ma struktura własności prawnej nieruchomości w skomercjalizowanych centrach wielkich miast. można tutaj mówić zarówno o twardych regułach gry w miastach zachodu czy wschodniej azji, ale również o braku sztywnych ram prawnych (lub też niemożności ich wyegzekwowania) squatter cities. oraz, oczywiście, można się zanurzyć w oceanie szarości, co też lambert czyni dość często - odsyłam do paska z linkami po lewej stronie bloga, a także, miejmy nadzieję, do wpisu powyżej.

wiecie, czego nie ma w moich ulubionych futupomysłach? i czego, uważam, nie powinno być w naszych miastach na ziemi (naszych miastach na marsie też nie), bo hamuje potencjał kumulowania się i rozwoju, dalszego kumulowania sie i rozwoju, aż w końcu wszyscy byśmy się stopili w biomatrycy i rozpłynęli w sieci? przedmieść, kurwa. zacznę od przedmieść. wiecie, dlaczego je mamy? nastąpi cytat.

noam chomsky: It [suburbia] was created in the 1940s by the biggest state social engineering project in history under the Eisenhower administration –beyond anything they did in Russia. The specific goal was to eliminate public transportation, destroy the inner cities, forces everyone to use cars, trucks. And in the 1940’s there was an authentic conspiracy, a real one, between General Motors, Firestone Rubber, and Standard Oil California to buy up the public transportation, destroy it, and force everyone into buses and cars. The conspiracy went to court and they were convicted and fined –I think $5000 or something. Then the government moved in and took it over, under cover of defense.

stephan truby: You mean President Eisenhower’s National Interstate and Defense Highway Act of 1956?

noam chomsky: Yes. The pretext of the National Defense Highway Act was that we have to move missiles around the country. But the point of it was to massively subsidize road transportation –cars, trucks, gasoline and so on- and to undermine public transportation.


5 CODES: architecture, paranoia and risk in times of terror. birkhauser, bazylea 2006 [w:] the obscure history of suburbia by noam chomsky, peter galison and mike davis

PS