wtorek

i walked in front of those eyes once. i wont do it again.

once there were brook trout in the streams in the mountains. you could see them standing in the amber current where the white edges of their fins wimpled softly in the flow. they smelled of moss in your hand. polished and muscular and torsional. on their backs were vermiculate patterns that were maps of the world in its becoming. maps and mazes. of a thing which could not be put back. not be made right again. in the deep glens where they lived all things were older than man and they hummed of mystery.



ten nowy serial hbo, true detective - wynaturzenia amerykańskiego południa. w ogóle geografia stanów zjednoczonych, gargantuiczne centrum niczego poszatkowane drogami międzystanowymi. gdzieniegdzie duże miasto: ortogonalna siatka ulic, wieżowce, kawiarnie i sklepy. ale raczej ogromne odległości, przytłaczające, monumentalne krajobrazy, skrzyżowania autostrad, które, obserwowane z powietrza, układają się w symetryczne sploty, ale zza szyby samochodu widać tylko łagodne szpalery betonowych kolumn i czysty asfalt, szyby naftowe, maszyny rolnicze, nudne miasta, kantyny i benzynowe stacje, rafinerie i zakłady jakby z fotografii eda burtynskiego. gdzie nadal łatwo pozostać niezauważonym. zjechać z głównej drogi i dać się zastrzelić. łatwo też się zaszyć gdzieś pomiędzy, zaparkować za osiedlem przyczep kempingowych, zapuścić wąsy, wrosnąć w krajobraz, pić browary, gnata wsadzić pod poduszkę.

tyle tytułem zdjęć. w warstwie fabularnej true detective zręcznie operuje motywami ludowymi, lokalnymi, przeplatając je już to nawiązaniami do klasyki południowej literatury grozy, już to elementami mitologii lovecrafta. mamy tu - przynajmniej na wysokości szóstego odcinka - atmosferę, którą zajawieni komentatorzy na internecie nie do końca słusznie przyporządkowują do tej samej kategorii, co twin peaks. nadprzyrodzoność w true detective jest bowiem inna, mniej intelektualna, raczej rdzenna, pobrzmiewają w niej echa wyspiarskich obrzędów i ogólnie to oskubane czarne kuraki, a nie jakiś zen okultyzm i upudrowane demony.

duet protagonistów fantastyczny, ale nie dlatego, jak chcieliby serialo-fani i ich intele-krytycy, że cohle jest sexy brutalem - zieeewwww. wiadomo, że cohle podpuszcza, głupio pierdoli, marty to przykitrany psychol, a jak się do tego nie rozumie instytucji tych fbi agentów, to żadne tłumaczenia misi nie pomogą. fajne są jeszcze kalambury w nazwiskach - reggie ledoux anyone? ja osobiście uwielbiam do tego retrospekcje i oszukańczą narrację, więc struktura detektywa mi bardzo odpowiada i nie pozostaje bez wpływu na tę wesołą laurkę.

wpis można sobie na własną rękę uzupełnić lekturą tych opowiadań - ja jestem w trakcie.

niedziela

wtorek

#siedzącwuszatymfotelu

poczyniłam kilka banalnych spostrzeżeń. otóż. dorosłość nie wychodzi na jaw wtedy, gdy bardziej pociągający od pijanego świtu w barze staje się muji, sklep z akcesoriami biurowymi, albo kaszmirowy szalik - choć brzmi to całkiem dobrze w humble-brag kategorii "stać mnie" i gdyby nie intymny charakter tego bloga pewnie rozważyłabym podpisanie się pod taką tezą. ale tak naprawdę zrozumiałam, że już jestem dorosła, co więcej, zrozumiałam to bez żadnego zdziwienia, kiedy zwyczajnie przestało mi się chcieć odzywać. wypowiadać się z aprobatą, albo z zażenowaniem coś komentować, wreszcie, wyrażać stanowczy sprzeciw. pewne rzeczy - zdecydowana większość pewnych rzeczy - nie wymagają w ogóle werbalizowania. tym lepiej, bo i tak z trudem mi ono przychodzi. oui, mes enfants, mes petites enfants, les choses qui paraissent abominables aux humains, si tu savais, de l'endroit ou j'habite, elles ont peu d'importance. może grymas niesmaku - w głowie - tyle mnie obchodzą wszystkie estetyczne wybory reszty świata.